09.12.2023, 07:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.12.2023, 08:22 przez Lorraine Malfoy.)
!!!!!!!!!!! – pisnęła, podskakując do góry – zjeżyła się przy tym jak kuguchar, którego ktoś pociągnął za ogon, święcie przekonana, że za chwilę przyjdzie jej zginąć tragicznie w tej cieplarni razem z Aveliną Paxton, bo przecież żaden człowiek nie byłby w stanie zakraść się tak niepostrzeżenie do pomieszczenia, nie wydając z siebie ani jednego odgłosu, westchnienia chociażby, nie rzucając nawet cienia w blasku słabego świetlika. Niechybnie te opowieści o wilkołakach były prawdziwe, i czekał je straszliwy koniec: najbardziej zaś przejmowała się tym, że jej ciała nie będzie można nawet pokazać w odkrytej trumnie, bo nawet gdyby wilkołak nie rozszarpał jej twarzy, była bez makijażu i po nieprzespanej nocy, więc zapewne wyglądała tragicznie…
Na szczęście, wszystkie te obawy zniknęły, kiedy Avelina wysunęła się lekko przed nią: Lorraine cofnęła się, by ukryć za plecami pobrudzone ziemią dłonie, łudząc się, że może zdąży jeszcze wepchnąć swój plecak za jakąś wielką donicę, i będzie mogła wrócić po niego jutro wieczorem, coby odzyskać swój łup; nie odzywała się, na jej ustach tylko zaigrał przez chwilę uśmieszek, kiedy usłyszała celną ripostę Aveliny, i – teraz już bez wcześniejszej irytacji, a z przyjemnością, w nagłym przypływie solidarności w starciu z jednym z psów gończych Hogwartu – wsłuchała się, jak starsza dziewczyna przybiera ten swój doskonale obojętny ton, w którym nie słychać było najmniejszych emocji, może poza lekkim lekceważeniem; takiego samego używała wcześniej w rozmowie z Lorraine. Malfoy nie miała najmniejszych podstaw by podejrzewać Avelinę i Augustusa o to, że łączą ich jakieś bliższe relacje: w jej mniemaniu, wydawali się pochodzić z kompletnie odrębnych światów (a akurat o dysproporcjach klasowych i majątkowych uważała, że wie niemal wszystko). Musiała jednak przyznać, że kiedy tak mierzyli się wzrokiem, w pojedynku bardziej chyba wynikającym z przekory niż z rzeczywistej wzgardy, wyniosły chłód w głosie Paxton w niczym nie ustępował aroganckim iskierkom w oczach Rookwooda.
– Niczego nie ukradłyśmy. – W tonie Lorraine słychać było szczere oburzenie, które zupełnie nie licowało ze stopniem wypchania jej podręcznej torby. Przybrała przy okazji swoją najlepszą minę kłamczuchy, kompletnie mimowolnie, zresztą, choć przecież Augustus przyłapał je na gorącym uczynku. Może gdyby nie zakradł się do cieplarni tak niepostrzeżenie, gdyby serce nie biło jej teraz jak oszalałe, a krytykancki głos przybranej matki nie darł się teraz wewnątrz jej głowy jak świeżo wyciągnięta z ziemi mandragora, bo surowy opierdol w liście na pewno jej nie ominie, jeżeli profesor Slughorn wyśle rodzicom semestralne sprawozdanie z ich zachowania… Może wtedy opanowałaby się, i zachowała jak przystało. Niestety, nie była najlepsza w kontrolowaniu swoich emocji, kiedy a już zwłaszcza po kilku bezsennych nocach; dlatego mimowolnie zacisnęła dłonie w pięści, i zbliżyła się na powrót do stołu z roślinkami.
Żryj smocze łajno, Rookwood.
W tej chwili nie myślała o konsekwencjach: po prostu chwyciła za najbliższej stojącą doniczkę, którą dała radę unieść – była malutka, gliniana, i tylko czekała, aż jakiś uczniak zasadzi w niej magiczną fasolkę na pierwszych zajęciach z zielarstwa – zamachnęła się, i posłała ją w powietrze, miała nadzieję, że w stronę Augustusa – choć mogła oślepić ją aura bijącego od niego samozadowolenia, błyszcząca biel jego wyszczerzonej protezy, i błysk odznaki prefekta, którą zapewne codziennie polerował przed pójściem spać, jak przystało na nadgorliwego pozera. Aż trudno było jej uwierzyć, że ten bufon może być spokrewniony z Saurielem. Z drugiej strony, w jej rodzinie też trafił się taki odszczepieniec jak Desmond…
Rzucam kostką z aktywności fizycznej na to, jak blisko Augustusa upadnie doniczka, modląc się przy okazji, by nie znokautować nią samej siebie.
Na szczęście, wszystkie te obawy zniknęły, kiedy Avelina wysunęła się lekko przed nią: Lorraine cofnęła się, by ukryć za plecami pobrudzone ziemią dłonie, łudząc się, że może zdąży jeszcze wepchnąć swój plecak za jakąś wielką donicę, i będzie mogła wrócić po niego jutro wieczorem, coby odzyskać swój łup; nie odzywała się, na jej ustach tylko zaigrał przez chwilę uśmieszek, kiedy usłyszała celną ripostę Aveliny, i – teraz już bez wcześniejszej irytacji, a z przyjemnością, w nagłym przypływie solidarności w starciu z jednym z psów gończych Hogwartu – wsłuchała się, jak starsza dziewczyna przybiera ten swój doskonale obojętny ton, w którym nie słychać było najmniejszych emocji, może poza lekkim lekceważeniem; takiego samego używała wcześniej w rozmowie z Lorraine. Malfoy nie miała najmniejszych podstaw by podejrzewać Avelinę i Augustusa o to, że łączą ich jakieś bliższe relacje: w jej mniemaniu, wydawali się pochodzić z kompletnie odrębnych światów (a akurat o dysproporcjach klasowych i majątkowych uważała, że wie niemal wszystko). Musiała jednak przyznać, że kiedy tak mierzyli się wzrokiem, w pojedynku bardziej chyba wynikającym z przekory niż z rzeczywistej wzgardy, wyniosły chłód w głosie Paxton w niczym nie ustępował aroganckim iskierkom w oczach Rookwooda.
– Niczego nie ukradłyśmy. – W tonie Lorraine słychać było szczere oburzenie, które zupełnie nie licowało ze stopniem wypchania jej podręcznej torby. Przybrała przy okazji swoją najlepszą minę kłamczuchy, kompletnie mimowolnie, zresztą, choć przecież Augustus przyłapał je na gorącym uczynku. Może gdyby nie zakradł się do cieplarni tak niepostrzeżenie, gdyby serce nie biło jej teraz jak oszalałe, a krytykancki głos przybranej matki nie darł się teraz wewnątrz jej głowy jak świeżo wyciągnięta z ziemi mandragora, bo surowy opierdol w liście na pewno jej nie ominie, jeżeli profesor Slughorn wyśle rodzicom semestralne sprawozdanie z ich zachowania… Może wtedy opanowałaby się, i zachowała jak przystało. Niestety, nie była najlepsza w kontrolowaniu swoich emocji, kiedy a już zwłaszcza po kilku bezsennych nocach; dlatego mimowolnie zacisnęła dłonie w pięści, i zbliżyła się na powrót do stołu z roślinkami.
Żryj smocze łajno, Rookwood.
W tej chwili nie myślała o konsekwencjach: po prostu chwyciła za najbliższej stojącą doniczkę, którą dała radę unieść – była malutka, gliniana, i tylko czekała, aż jakiś uczniak zasadzi w niej magiczną fasolkę na pierwszych zajęciach z zielarstwa – zamachnęła się, i posłała ją w powietrze, miała nadzieję, że w stronę Augustusa – choć mogła oślepić ją aura bijącego od niego samozadowolenia, błyszcząca biel jego wyszczerzonej protezy, i błysk odznaki prefekta, którą zapewne codziennie polerował przed pójściem spać, jak przystało na nadgorliwego pozera. Aż trudno było jej uwierzyć, że ten bufon może być spokrewniony z Saurielem. Z drugiej strony, w jej rodzinie też trafił się taki odszczepieniec jak Desmond…
Rzucam kostką z aktywności fizycznej na to, jak blisko Augustusa upadnie doniczka, modląc się przy okazji, by nie znokautować nią samej siebie.
Rzut O 1d100 - 90
Sukces!
Sukces!