09.12.2023, 11:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.12.2023, 11:07 przez Brenna Longbottom.)
– Był pewnie Krukonem, co? Jestem pewna, że to przez to, że do szaleństwa doprowadziła go kołatka w Pokoju Wspólnym Ravenclawu. Przychodziłam tam co jakiś czas, tylko po to, żeby sprawdzić, o co będzie pytać…
Brenna, kiedy odkryła, gdzie jest wejście do Pokoju Wspólnego Krukonów, w pewnym momencie podchodziła tam regularnie. Dla zabawy, tylko po to, by słyszeć zagadkę drzwi. Doprowadziło ją to do konkluzji, że nie można gorzej trafić niż do Ravenclawu, bo w połowie przypadków musiałaby siedzieć pod drzwiami.
Za to w drugiej połowie przypadków mogłaby wejść do środka, więc co to za ochrona świętych terenów domu…
*
Zadarła na moment głowę, spoglądając krytycznie na wielką, ciężką szafę, jakby naprawdę oceniała jej morderczy potencjał. Czy dałoby się nią kogoś zabić? Prawdopodobnie tak. Wypadki w końcu lubiły chodzić po ludziach.
– Hm… jakby popchnąć odpowiednio mocno i trafić precyzyjnie elementem w głowę… ale to byłaby naprawdę idiotyczna śmierć, prawda? Przeżyć Beltane, wpadnięcie do dołu pełnego nieumarłych i ganiającego za tobą mordercę, żeby potem napisali ci na grobie „szafa rozwaliła jej ten głupi łeb”. Nie komponowałoby się dobrze z transparentem, jakiego sobie życzyłam – stwierdziła kapryśnie, wracając do układania dokumentów. Zamarła jednak, kiedy zaczął mówić, bo w pierwszej chwili brzmiało to naprawdę… złowróżbnie. Jakby ktoś ostatecznie tkwił w jego głowie, jak w przypadku Mavelle i Victorii, jakby jego wspomnienia tkwiły pod powierzchnią, czekając, aby się wyrwać na wierzch. A jeżeli tak – to kogo? Co takiego zrobiły kapłanki w sabacie? Spoważniała, przypatrując się mu uważnie, dłonie zaciskając na jednej z tych nieszczęsnych teczek… a potem na jej twarz na moment wypłynęło niedowierzanie, kiedy wspomniał o… tłuczku? Po takim wstępie spodziewała się różnych rzeczy, ale nie tego.
Nie, to zdecydowanie nie było wspomnienie żadnego ducha.
– To byłeś ty? – spytała i przysłoniła usta, kiedy wyrwało się z nich zduszony śmiech na to stare wspomnienie i rozmowę w skrzydle szpitalnym z Malfoyówną. Nie, nie była zła, dlaczego by miała? Nie była zła nawet te dziesięć lat temu, kiedy obudziła się w skrzydle szpitalnym, i nigdy specjalnie nie zastanawiała, kto właściwie jebnął jej tym tłuczkiem i czy zrobił to specjalnie, czy niechcący. Nie byłaby zła pewnie nawet, gdyby wiedziała, że był ze swojego wyczynu dumny. Niektórzy Ślizgoni nie dostrzegali po prostu jej istnienia, za to paru nie lubiło jej jeszcze mocniej niż innych Gryfonów, choćby dlatego, że potrafiła nagle usadowić się podczas śniadania przy ich stoliku, wciskając pomiędzy Victorię i Cynthię, by opowiedzieć im o czymś Co Absolutnie Nie Mogło Czekać. Czemu miałaby się złościć teraz, kiedy minęło tyle lat? Zamiast gniewu przyszło raczej rozbawienie. – To chyba muszę jednak uważać, czy nie zdecydujesz się pchnąć tej szafy, skoro masz takie mordercze zapędy. Zafundowałeś mi dwa dni w skrzydle szpitalnym. Poddano mnie tam okrutnym torturom, zmuszając do czytania książek ukradzionych z szafki pielęgniarki, o tytułach takich jak „Romans z wampirem” albo „To tylko quidditch”, wbrew tytułowi wcale nie książka sportowa i dodatkowo wysłuchiwania… – urwała i przez moment rozbawienie zmieszało się z zażenowaniem, gdy przypomniała sobie, co dokładnie opowiadała Lorraine. – Yhym… – mruknęła więc tylko, układając teczki z jednego roku na kupce, po czym sięgnęła po różdżkę i zaklęciem odesłała je na najwyższą półkę w szafie. – To wspomnienie… sprawiało takie wrażenie, jakby miało się rozpłynąć, jeżeli się na nim nie skupisz?
Dopiero teraz pomyślała o poranku w górach, ledwo parę dni temu, gdy klęczała na wilgotnej ziemi, zapatrzona w szczyty – a ich widok… ich widok przywołał wspomnienie, którego nigdy nie powinna była zapomnieć. I na utrzymaniu go skupiła się tak mocno, że nawet nie zauważyła odpowiednio wcześnie pojawienia się trolla. Był chociaż na tyle miły, że wpadł kiedy już Brenna zdołała upewnić się, że nie zapomni…
Sądziła, że to jakiś przedziwny przypadek, ale...?
Brenna, kiedy odkryła, gdzie jest wejście do Pokoju Wspólnego Krukonów, w pewnym momencie podchodziła tam regularnie. Dla zabawy, tylko po to, by słyszeć zagadkę drzwi. Doprowadziło ją to do konkluzji, że nie można gorzej trafić niż do Ravenclawu, bo w połowie przypadków musiałaby siedzieć pod drzwiami.
Za to w drugiej połowie przypadków mogłaby wejść do środka, więc co to za ochrona świętych terenów domu…
*
Zadarła na moment głowę, spoglądając krytycznie na wielką, ciężką szafę, jakby naprawdę oceniała jej morderczy potencjał. Czy dałoby się nią kogoś zabić? Prawdopodobnie tak. Wypadki w końcu lubiły chodzić po ludziach.
– Hm… jakby popchnąć odpowiednio mocno i trafić precyzyjnie elementem w głowę… ale to byłaby naprawdę idiotyczna śmierć, prawda? Przeżyć Beltane, wpadnięcie do dołu pełnego nieumarłych i ganiającego za tobą mordercę, żeby potem napisali ci na grobie „szafa rozwaliła jej ten głupi łeb”. Nie komponowałoby się dobrze z transparentem, jakiego sobie życzyłam – stwierdziła kapryśnie, wracając do układania dokumentów. Zamarła jednak, kiedy zaczął mówić, bo w pierwszej chwili brzmiało to naprawdę… złowróżbnie. Jakby ktoś ostatecznie tkwił w jego głowie, jak w przypadku Mavelle i Victorii, jakby jego wspomnienia tkwiły pod powierzchnią, czekając, aby się wyrwać na wierzch. A jeżeli tak – to kogo? Co takiego zrobiły kapłanki w sabacie? Spoważniała, przypatrując się mu uważnie, dłonie zaciskając na jednej z tych nieszczęsnych teczek… a potem na jej twarz na moment wypłynęło niedowierzanie, kiedy wspomniał o… tłuczku? Po takim wstępie spodziewała się różnych rzeczy, ale nie tego.
Nie, to zdecydowanie nie było wspomnienie żadnego ducha.
– To byłeś ty? – spytała i przysłoniła usta, kiedy wyrwało się z nich zduszony śmiech na to stare wspomnienie i rozmowę w skrzydle szpitalnym z Malfoyówną. Nie, nie była zła, dlaczego by miała? Nie była zła nawet te dziesięć lat temu, kiedy obudziła się w skrzydle szpitalnym, i nigdy specjalnie nie zastanawiała, kto właściwie jebnął jej tym tłuczkiem i czy zrobił to specjalnie, czy niechcący. Nie byłaby zła pewnie nawet, gdyby wiedziała, że był ze swojego wyczynu dumny. Niektórzy Ślizgoni nie dostrzegali po prostu jej istnienia, za to paru nie lubiło jej jeszcze mocniej niż innych Gryfonów, choćby dlatego, że potrafiła nagle usadowić się podczas śniadania przy ich stoliku, wciskając pomiędzy Victorię i Cynthię, by opowiedzieć im o czymś Co Absolutnie Nie Mogło Czekać. Czemu miałaby się złościć teraz, kiedy minęło tyle lat? Zamiast gniewu przyszło raczej rozbawienie. – To chyba muszę jednak uważać, czy nie zdecydujesz się pchnąć tej szafy, skoro masz takie mordercze zapędy. Zafundowałeś mi dwa dni w skrzydle szpitalnym. Poddano mnie tam okrutnym torturom, zmuszając do czytania książek ukradzionych z szafki pielęgniarki, o tytułach takich jak „Romans z wampirem” albo „To tylko quidditch”, wbrew tytułowi wcale nie książka sportowa i dodatkowo wysłuchiwania… – urwała i przez moment rozbawienie zmieszało się z zażenowaniem, gdy przypomniała sobie, co dokładnie opowiadała Lorraine. – Yhym… – mruknęła więc tylko, układając teczki z jednego roku na kupce, po czym sięgnęła po różdżkę i zaklęciem odesłała je na najwyższą półkę w szafie. – To wspomnienie… sprawiało takie wrażenie, jakby miało się rozpłynąć, jeżeli się na nim nie skupisz?
Dopiero teraz pomyślała o poranku w górach, ledwo parę dni temu, gdy klęczała na wilgotnej ziemi, zapatrzona w szczyty – a ich widok… ich widok przywołał wspomnienie, którego nigdy nie powinna była zapomnieć. I na utrzymaniu go skupiła się tak mocno, że nawet nie zauważyła odpowiednio wcześnie pojawienia się trolla. Był chociaż na tyle miły, że wpadł kiedy już Brenna zdołała upewnić się, że nie zapomni…
Sądziła, że to jakiś przedziwny przypadek, ale...?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.