10.12.2023, 04:10 ✶
Ulysess zmarszczył brwi.
Raczej co nie zrobiłam. Słowa Carrow zadudniły mu w uszach. Kompletnie nic nie rozumiał. Podniósł się z ziemi. Zabrał też sponiewieraną plakietkę. Uniósł pytająco brwi do góry, a potem skierował się za Alanną w głąb pokoju. Oparł się o framugę drzwi i patrzył na nią wyczekująco. A gdy kobieta zaczęła mówić, nadal wydawało mu się, że nie rozumiał.
To znaczy inaczej, sens jej słów dotarł do niego dość łatwo. Czarny Pan kazał jej sprokurować wypadek. Nie wykonała swojego zadania. I jeśli młody Rookwood właściwie zrozumiał, o co mogło chodzić w zadaniu, to… to zgadzał się z Carrow. Zabijanie czarodziei tylko po to, by wzbudzić szczucie na mugoli, uważał za głupie i bezowocne. Co innego, gdyby Czarny Pan nakazał jej udowodnić, że Harrisowie celowo mieszali w świecie mugoli. Tyle, że śmierciożercy przecież sami to robili.
Zamrugał porażony tą nieprzyjemną myślą. Ojciec widział w tym wyższy cel, ale Ulysses go nie widział. Odwrotnie, uważał że świat mugoli i świat magii należy oddzielić tak bardzo, jak tylko będzie to możliwe. Żadnego panowania, żadnego mieszania się, żadnego wychowywania małych magów przez mugoli.
- Przestań – poprosił ją dość ostrym tonem, ale wcale nie sprecyzował o co właściwie prosił. O to, by przestała mówić? By przestała myśleć o ucieczce? By nie mówiła mu, co właściwie powinien zrobić? W jego głowie pojawił się natłok gwałtownych, zbyt prędkich myśli. Nie potrafił ich uporządkować i zebrać w jeden konkretny ciąg. Jednoczesne wspomnienia sytuacji, w których obserwował Carrow, mieszały mu się z twarzą ojca i innych, znajomych popleczników Lorda Voldemorta. Zestawiał z nimi ostatni rok, majaczące zagubienie na twarzy Alanny pomieszane z kpiarskim uśmieszkiem i dziwną miękkością zachowania, tak niepodobnego do tego, jak zachowywała się wcześniej. Wypuścić ją, znaczyło zdradzić ojca a on nie był gotowy na zdradę swojego ojca. Sprzeciwić mu się? Tak. Ale nie zdradzić.
Wsunął różdżkę do kieszeni spodni. Palcami potarł swoje skronie, próbując zastanowić się nad tym, jak powinien się zachować.
Nie mógł jej od tak wypuścić, ale nie mógł jej też ot tak zostawić na pastwę Czarnego Pana. Jeśli umarłaby, niechybnie brałby w tym udział jego ojciec (pośrednio, czy bezpośrednio to nie miało znaczenia) a tego Ulysses chyba by nie zniósł.
- Trzeba to zrobić inaczej. Żadnych zasług dla mnie. W ogóle mnie tu nie było… - zaczął powoli, pozbawionym emocji głosem. Odwrotnie do Alanny, nigdy nie zależało mu na awansowaniu w szeregach śmierciożerców. Zależało mu na bezpieczeństwie jego własnej rodziny. Nawet teraz tylko o tym myślał. – Spakowałaś się? Powinniśmy się stąd jak najszybciej aportować. I podpalić to mieszkanie.
Raczej co nie zrobiłam. Słowa Carrow zadudniły mu w uszach. Kompletnie nic nie rozumiał. Podniósł się z ziemi. Zabrał też sponiewieraną plakietkę. Uniósł pytająco brwi do góry, a potem skierował się za Alanną w głąb pokoju. Oparł się o framugę drzwi i patrzył na nią wyczekująco. A gdy kobieta zaczęła mówić, nadal wydawało mu się, że nie rozumiał.
To znaczy inaczej, sens jej słów dotarł do niego dość łatwo. Czarny Pan kazał jej sprokurować wypadek. Nie wykonała swojego zadania. I jeśli młody Rookwood właściwie zrozumiał, o co mogło chodzić w zadaniu, to… to zgadzał się z Carrow. Zabijanie czarodziei tylko po to, by wzbudzić szczucie na mugoli, uważał za głupie i bezowocne. Co innego, gdyby Czarny Pan nakazał jej udowodnić, że Harrisowie celowo mieszali w świecie mugoli. Tyle, że śmierciożercy przecież sami to robili.
Zamrugał porażony tą nieprzyjemną myślą. Ojciec widział w tym wyższy cel, ale Ulysses go nie widział. Odwrotnie, uważał że świat mugoli i świat magii należy oddzielić tak bardzo, jak tylko będzie to możliwe. Żadnego panowania, żadnego mieszania się, żadnego wychowywania małych magów przez mugoli.
- Przestań – poprosił ją dość ostrym tonem, ale wcale nie sprecyzował o co właściwie prosił. O to, by przestała mówić? By przestała myśleć o ucieczce? By nie mówiła mu, co właściwie powinien zrobić? W jego głowie pojawił się natłok gwałtownych, zbyt prędkich myśli. Nie potrafił ich uporządkować i zebrać w jeden konkretny ciąg. Jednoczesne wspomnienia sytuacji, w których obserwował Carrow, mieszały mu się z twarzą ojca i innych, znajomych popleczników Lorda Voldemorta. Zestawiał z nimi ostatni rok, majaczące zagubienie na twarzy Alanny pomieszane z kpiarskim uśmieszkiem i dziwną miękkością zachowania, tak niepodobnego do tego, jak zachowywała się wcześniej. Wypuścić ją, znaczyło zdradzić ojca a on nie był gotowy na zdradę swojego ojca. Sprzeciwić mu się? Tak. Ale nie zdradzić.
Wsunął różdżkę do kieszeni spodni. Palcami potarł swoje skronie, próbując zastanowić się nad tym, jak powinien się zachować.
Nie mógł jej od tak wypuścić, ale nie mógł jej też ot tak zostawić na pastwę Czarnego Pana. Jeśli umarłaby, niechybnie brałby w tym udział jego ojciec (pośrednio, czy bezpośrednio to nie miało znaczenia) a tego Ulysses chyba by nie zniósł.
- Trzeba to zrobić inaczej. Żadnych zasług dla mnie. W ogóle mnie tu nie było… - zaczął powoli, pozbawionym emocji głosem. Odwrotnie do Alanny, nigdy nie zależało mu na awansowaniu w szeregach śmierciożerców. Zależało mu na bezpieczeństwie jego własnej rodziny. Nawet teraz tylko o tym myślał. – Spakowałaś się? Powinniśmy się stąd jak najszybciej aportować. I podpalić to mieszkanie.