Czy powinien mieć kobietę? Myślenie stereotypami - dziedzic rodu, tak? Yaxleyowie nie byli rodziną Laurentowi bliską. Może bardziej Vincent, jego kuzyn, bardziej orientowałby się, co dokładnie u nich słychać, a może i nie. W końcu Vincent kręcił się po Nocturnie i tam, gdzie szemrane interesy suszyły gardła spragnionych opium, alkoholu i wolności. Szukali odrętwienia od społecznych norm, a wpadali tylko w kanion ścieków, chorób i zdrad. Takie to życie, wszechświat nie miał prostych dróg. Ta droga, która przecinała życia Laurenta i Nicholasa też prosta nie była. Więc nie - Laurent nie uważał, że Nicholas powinien mieć kobietę. Nie uważał też, że powinien mieć partnera na całe życie, na te "i że cię nie opuszczę aż do śmierci", które tak pięknie brzmiało przed księdzem, gdy biała suknia i czarny garnitur stanowiły idealne zespolenie energii męsko-damskiej. Każdy żył według własnych potrzeb, a wiedział o Nicholasie właściwie nic. Odkopywał pojedyncze skrawki informacji, które gubiły go w zupełnie nowej rzeczywistości. Odpowiedzi rodziły pytania. I tak powinno być. Inaczej druga strona nie byłaby tak interesująca, żeby zatrzymać go na chwilę dłużej. Żeby chciał tych kolejnych spotkań. Czego natomiast uważał, że ten człowiek potrzebował to odrobiny ciepła w swoim zimnym życiu. Tylko kim był, żeby w ogóle snuć takie linie przypuszczeń? Kim był dla Nicholasa. Kimś i nikim jednocześnie. Wydawało mu się, że te słowa Nicholasa o tej jego potrzebie spotkań były raczej bardziej... grzecznościowe, jakoś ciężko było mu im zaufać. Były jednak słodkie. Ta słodycz zaś wytrącała z wrażenia, że to człowiek całkowicie zimny, który szuka tylko fizycznego uniesienia. Bo po takowe wystarczyło wybrać się do odpowiedniego burdelu.
Kropla strachu wpadła do jeziora jego odczuć rozczarowań - nie Nicholasem. Bo to prawda - ten nie powiedział niczego złego. Niczego nieodpowiedniego. Były to słowa bez wyczucia, ale był człowiekiem prowadzonym własną niepewnością. W końcu sam niewiele wiedział o człowieku, którego zaprosił do swojego domu. Więc - coś złego? Zwykłe, proste, ludzkie pragnienie upewniania się, że ta relacja nie wykopie pod nim dołu. Nawet uroczo bezbronna próba upewniania się, bo przecież mogliby tymi sekretami zniszczyć swoje życia wzajem. Nie było to zdrowe. Laurent chciał zniszczyć tylko jednego człowieka w swoim życiu i to nie dlatego, żeby się na nim zemścić. Po to, żeby się od niego uwolnić. To nie była potrzeba niesienia straty, a potrzeba zyskania. Przypomnienia sobie, jak to jest oddychać i nie bać się codziennie.
Ta kropla strachu spowodowana była tym, że Nicholas go złapał. Zamarł w bezruchu, spoglądając w pierwszej chwili w minimalnym napięciu na Nicholasa. Jak łania przed wilkiem, która nie wyraża strachu, by uciekać, ale która jednocześnie bierze pod uwagę, że musi baczyć na piękne stworzenie, które przekroczyło granice jej bezpieczeństwa. To była jednak tylko sekunda, może dwie. Bo coś w spojrzeniu Yaxleya sprawiło, że Laurent się rozluźnił i poczuł... rozczulenie? Nie bardzo wiedział, co się kryło w tym lodowym królestwie, w którym się właśnie przeglądał, a za którym Nicholas skrywał swoją duszę. Nie bardzo wiedział, co działo się teraz, co się zmieniło i dlaczego. Tak jak ten pocałunek wydawał się dotykiem motylich skrzydeł. Podążył za jego ustami, by ucałować go drugi raz.
- Lepiej zastanów się, co następnym razem chcesz dostać w swoje dłonie. Inaczej będziesz skazany na kolejną dziwną roślinę. - W zasadzie mówił całkiem poważnie, chociaż znów się uśmiechnął. Może za którymś razem w końcu wyszedłby z nawyku, że z pustymi rękoma w gościnę się nie przychodzi... a może nie. Cofnął się parę kroków. - Do zobaczenia... Nicholasie. - Zrobił jeszcze dwa kroki tyłem, wychodząc za próg, zanim się obrócił, wsuwając ręce w skórzaną kurtkę.
To było bardzo intensywne spotkanie. I nic nie wskazywało na to, żeby nie miał istnieć apetyt na więcej.