10.12.2023, 20:40 ✶
Laurence Selwyn miał w sobie dwa wilki. Pierwszy był małym puchatym szczenięciem, który pojawił się niedawno i był rad z tego, że nowoprzybyła koleżanka Septimy nie rozpoznała w nim upadłej gwiazdy. Drugi z wilków z kolei ujadał, rozdrażniony tym, że nie po to w kwiecie wieku paradował ze swoim nagim torsem (a trzeba przyznać, że w tamtych czasach naprawdę dbał o kondycję fizyczną), by nikt go teraz nie pamiętał! A może to miłe dziewczę tylko droczyło się ze staruszkiem i chciało utrzeć mu nosa? No, już mniejsza o to - najważniejsze, że nie będzie musiał dawać nikomu autografów. Miał względem nich bardzo ambiwalentny stosunek, odkąd na jednej gali nieco się z nimi zapędził i złożył podpis na karcie dań przyniesionej przez kelnera...
Rzucił Septimie przelotne spojrzenie.
— Raz zagrałem krzak numer trzy i od razu sławny aktor — mruknął w odpowiedzi, machając przy ręką, jakby chciał odgonić swoją przeszłość niczym natrętną muchę, a potem podrapał się po brodzie i spojrzał na posąg — Gdyby to była jedna z moich byłych żon, pewnie bym się o to pokusił, ale... — urwał, wyciągając z tylnej kieszeni spodni pękniętą na pół różdżkę. Dlaczego miał ją przy sobie? Chyba z przyzwyczajenia. A może wracając chciał zajrzeć do Garricka i potrzebował argumentu? — Usiadłem na niej i obrywam rykoszetem każdym rzuconym przez siebie zaklęciem. To znaczy, na różdżce usiadłem, nie na żonie, zanim zostanę posądzony o Merlin-wie-jakie zberezeństwa — wypowiadając ostatnie zdanie spojrzał jeszcze na Olivię, której imienia wciąż nie znał, więc nazywał ją w myślach Serem od koloru swetra.
— Ciekawe, czy dałoby się w nią tchnąć życie? — zapytał, znów wodząc spojrzeniem po detalach posągu, ale nie widział ich z tej odległości, przez co musiał podejść bliżej i pochylić się nad osobliwą rzeźbą w taki sposób, że gdyby była żywą kobietą, z pewnością oskarżyłaby go o napaść (głupia baba, on myślał tylko o Garricku i jego paliku.... znaczy różdżce... znaczy sklepie z różdżkami...). Że też nie wziął ze sobą okularów!
Rzucił Septimie przelotne spojrzenie.
— Raz zagrałem krzak numer trzy i od razu sławny aktor — mruknął w odpowiedzi, machając przy ręką, jakby chciał odgonić swoją przeszłość niczym natrętną muchę, a potem podrapał się po brodzie i spojrzał na posąg — Gdyby to była jedna z moich byłych żon, pewnie bym się o to pokusił, ale... — urwał, wyciągając z tylnej kieszeni spodni pękniętą na pół różdżkę. Dlaczego miał ją przy sobie? Chyba z przyzwyczajenia. A może wracając chciał zajrzeć do Garricka i potrzebował argumentu? — Usiadłem na niej i obrywam rykoszetem każdym rzuconym przez siebie zaklęciem. To znaczy, na różdżce usiadłem, nie na żonie, zanim zostanę posądzony o Merlin-wie-jakie zberezeństwa — wypowiadając ostatnie zdanie spojrzał jeszcze na Olivię, której imienia wciąż nie znał, więc nazywał ją w myślach Serem od koloru swetra.
— Ciekawe, czy dałoby się w nią tchnąć życie? — zapytał, znów wodząc spojrzeniem po detalach posągu, ale nie widział ich z tej odległości, przez co musiał podejść bliżej i pochylić się nad osobliwą rzeźbą w taki sposób, że gdyby była żywą kobietą, z pewnością oskarżyłaby go o napaść (głupia baba, on myślał tylko o Garricku i jego paliku.... znaczy różdżce... znaczy sklepie z różdżkami...). Że też nie wziął ze sobą okularów!
the others say
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat