11.12.2023, 00:58 ✶
Przestań. Znieruchomiała aż na chwilę, wbijając spojrzenie w mężczyznę. Przestań co? Mówić? Poruszać się? Oddychać…? Nie, to ostatnie to przesada, ale z grubsza rzecz ujmując – w istocie, przestała. Nie licząc zaciskania dłoni na różdżce, niepewna, czy jednak nie popełniła błędu.
Może ta prośba była tym, co przelewało jakąś czarę. Czymś, co sprawiało, że Ulysses miał przed sobą krok, który niekoniecznie mógłby chcieć uczynić. A może nawet wręcz: nie mógł? Zdawał się być przecież wierny, mimo że przez ten czas, jaki go znała, dostrzegała, że nie do końca wpisywał się w ramy organizacji.
Zrobić inaczej. Czyli jednak…? Ale i tak była bardzo daleko od odetchnięcia z ulgą. Bo to wcale nie tak, że nagle przestała czuć oddech Voldemorta na karku – była pewna, że prędzej czy później wyśle za nią swoje psy gończe. A nawet „prędzej” niż „później”; przecież wtedy by nie pakowała się w popłochu, gdyby miało być inaczej.
Naprawdę, że też trafiła w takie ciało…
… i że też tyle była w stanie w nim wytrzymać, próbując nie przykuwać uwagi i okrzepnąć w nowej rzeczywistości.
- W porządku – zgodziła się bez mrugnięcia okiem. Nie mogła go zmusić do tego, by faktycznie sobie przypisywał zasługi, choć niewątpliwie by to uprościło sprawę. Dodać odrobinę hipnozy – i pewnie byłby święcie przekonany, że faktycznie zmiótł ją z powierzchni ziemi. Nawet nie musiałby udawać…
Czy się spakowała?
Omiotła jeszcze raz spojrzeniem całe pomieszczenie. Chyba nigdy nie czuła się tu prawdziwie u siebie, ale jednak… jednak trochę czasu tu spędziła. Miała trochę rzeczy i teraz to wszystko miało pójść z dymem?
W zasadzie, tak będzie najlepiej. Tylko…
- Sowa – wychrypiała – Nie mogę jej tu zostawić - zawahała się, ostatecznie zamykając torbę. Nic więcej nie zamierzała do niej włożyć, ale sowa… podeszła do klatki z ptakiem. Może i pierzak miał coś nie tak pod czerepem, bo bardzo lubił zanieść zwrotne listy do Rookwoodów, z czego Ulysses zapewne musiał zdawać sobie sprawę, skoro zwierzę bywało gościem w jego domu, ale też nie-Carrow nie miała aż tak twardego serca, by bez mrugnięcia okiem wywalić go z domu bądź pozwolić na usmażenie się w płomieniach.
Koniec końców, jak na razie dźwignęła klatkę, odkładając ostateczną decyzję w czasie i zgarnęła też torbę.
- Wynośmy się stąd – skwitowała, gotowa podpalić mieszkanie i faktycznie się aportować w cholerę. Nawet nie musiała mówić, dokąd, bo w zasadzie… wystarczyłoby złapać mężczyznę i przenieść się tam, gdzie sobie życzyła. Chyba że miał inny pomysł?
Może ta prośba była tym, co przelewało jakąś czarę. Czymś, co sprawiało, że Ulysses miał przed sobą krok, który niekoniecznie mógłby chcieć uczynić. A może nawet wręcz: nie mógł? Zdawał się być przecież wierny, mimo że przez ten czas, jaki go znała, dostrzegała, że nie do końca wpisywał się w ramy organizacji.
Zrobić inaczej. Czyli jednak…? Ale i tak była bardzo daleko od odetchnięcia z ulgą. Bo to wcale nie tak, że nagle przestała czuć oddech Voldemorta na karku – była pewna, że prędzej czy później wyśle za nią swoje psy gończe. A nawet „prędzej” niż „później”; przecież wtedy by nie pakowała się w popłochu, gdyby miało być inaczej.
Naprawdę, że też trafiła w takie ciało…
… i że też tyle była w stanie w nim wytrzymać, próbując nie przykuwać uwagi i okrzepnąć w nowej rzeczywistości.
- W porządku – zgodziła się bez mrugnięcia okiem. Nie mogła go zmusić do tego, by faktycznie sobie przypisywał zasługi, choć niewątpliwie by to uprościło sprawę. Dodać odrobinę hipnozy – i pewnie byłby święcie przekonany, że faktycznie zmiótł ją z powierzchni ziemi. Nawet nie musiałby udawać…
Czy się spakowała?
Omiotła jeszcze raz spojrzeniem całe pomieszczenie. Chyba nigdy nie czuła się tu prawdziwie u siebie, ale jednak… jednak trochę czasu tu spędziła. Miała trochę rzeczy i teraz to wszystko miało pójść z dymem?
W zasadzie, tak będzie najlepiej. Tylko…
- Sowa – wychrypiała – Nie mogę jej tu zostawić - zawahała się, ostatecznie zamykając torbę. Nic więcej nie zamierzała do niej włożyć, ale sowa… podeszła do klatki z ptakiem. Może i pierzak miał coś nie tak pod czerepem, bo bardzo lubił zanieść zwrotne listy do Rookwoodów, z czego Ulysses zapewne musiał zdawać sobie sprawę, skoro zwierzę bywało gościem w jego domu, ale też nie-Carrow nie miała aż tak twardego serca, by bez mrugnięcia okiem wywalić go z domu bądź pozwolić na usmażenie się w płomieniach.
Koniec końców, jak na razie dźwignęła klatkę, odkładając ostateczną decyzję w czasie i zgarnęła też torbę.
- Wynośmy się stąd – skwitowała, gotowa podpalić mieszkanie i faktycznie się aportować w cholerę. Nawet nie musiała mówić, dokąd, bo w zasadzie… wystarczyłoby złapać mężczyznę i przenieść się tam, gdzie sobie życzyła. Chyba że miał inny pomysł?