11.12.2023, 10:13 ✶
To, że dostał ścierą od Elaine nie było niczym nowym - żałował tylko, że nie zdążył sam sięgnąć po wypiek, zanim dziewczyna się nie odwróciła. Wtedy byłoby warto nawet dostać butem, bo przynajmniej mógłby spróbować jedzenia. A tak? Został bezczelnie wrobiony, po chamsku, przez własnego brata. Ponoć tak to było w rodzinach: nie wiedział, bo poza Bellami nigdy żadnej nie miał, ale z książek które czytał wynikało, że tak właśnie zachowują się starsi bracia. I chociaż próbował wyjaśnić Lisicy, że on przecież nawet okruszków nie ma na ustach, to już obaj zostali wyjebani z kuchni. Z zakazem wstępu na rok, ale każdy w cyrku wiedział, że Elaine zaraz zapomni o sprawie. Najpewniej za godzinę, gdy nie będzie w stanie przeczytać jakiegoś przepisu.
To, że Jim wcisnął mu pieniądze, nie było Felixowi na rękę. Co prawda to był oczywiście dużo bezpieczniejszy wybór, bo młody Bell raczej ciułał sykla do sykla niż rozdawał galeony, jednak bywał dość roztargniony i niezdarny. Musiał schować sakiewkę do kieszeni kurtki, a tę zapiąć na zamek, a i tak nie był spokojniejszy, że nie zgubi pieniędzy. To była naprawdę duża kwota, Alex mu urwie łeb jak zgubi chociaż jedną maleńką monetkę.
- Po co jej chilli? - znał to słowo. Gdy już odczytał te krętasy i zawijasy, a potem połączył jedno z drugim to wyszło na to, że Wędliniarz sprzedaje nie wędliny, a papryczki. To była pierwsza zmyłka, przez którą prawie przegapili jego stoisko. Cholera jasna, mógłby bardziej się postarać dla klientów. - Słuchaj, to na pewno nie chodzi o szynkę? To nazwisko...
Felix zmrużył oczy, wpatrując się uważne w listę zakupów. Może i była okropnie nieczytelna, ale widział "węd" i "arz" w jednym słowie, a obok "illi" a to na początku to albo było kopnięte m, albo ch. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo ostatnie pół godziny próbował odcyfrować to, co było tu napisane, z niewielką pomocą Jima, który jak zwykle błądził myślami gdzieś wśród żebraków i chorych matek z dziećmi. Czy tam matek z chorymi dziećmi. To nie tak, że Bell nie miał serca, po prostu oni sami byli biedni jak myszy kościelne - uważał że nie mieli więc obowiązku dzielić się pieniędzmi z pierwszą lepszą osobą, która narzeka na swój los. To bogaci powinni się tym zająć. Na przykład taki Prewett, którego Elaine znała i którego Felix przeżyć nie mógł. Głupi facet o głupim nazwisku, ale z tego co się dowiedział, to srał na złotym kiblu a łzy ocierał monetami. Dupek.
Buzia Felixa na chwilę się nachmurzyła, lecz nie miał teraz czasu na wyzywanie wszystkich mężczyzn, kręcących się obok Elaine, bo właśnie zbliżyli się do straganu, a Jim palnął coś o Żydach.
- Jim, nie będziesz chciał spróbować papryczki? - zapytał słodkim głosem, wiedząc doskonale jak to cholerstwo działa. Jeśli jego brat nie zamknie ryja, gdy tylko wejdą w zakres słuchu Wędliniarza, to mogą się pożegnać ze zniżką. A Felix BARDZO chciał zrobić zakupy i wrócić z co najmniej połową złota, które miał. - Wojciech! Najlepszy sprzedawca najlepszych papryczek w całej Anglii!
Bell posłał Jimowi spojrzenie, mówiące teraz ja gadam a ty siedź cicho, a Wędliniarzowi: swój najlepszy uśmiech numer 6. Ten zawadiacki, trochę filuterny i mówiący "mam pieniądze, dawaj towar".
- Słyszałem, że masz coś nowego, co sprawi, że będzie piekło nie dwa, a trzy razy! - najpierw wybada sytuację, potem będzie czarował i się targował.
To, że Jim wcisnął mu pieniądze, nie było Felixowi na rękę. Co prawda to był oczywiście dużo bezpieczniejszy wybór, bo młody Bell raczej ciułał sykla do sykla niż rozdawał galeony, jednak bywał dość roztargniony i niezdarny. Musiał schować sakiewkę do kieszeni kurtki, a tę zapiąć na zamek, a i tak nie był spokojniejszy, że nie zgubi pieniędzy. To była naprawdę duża kwota, Alex mu urwie łeb jak zgubi chociaż jedną maleńką monetkę.
- Po co jej chilli? - znał to słowo. Gdy już odczytał te krętasy i zawijasy, a potem połączył jedno z drugim to wyszło na to, że Wędliniarz sprzedaje nie wędliny, a papryczki. To była pierwsza zmyłka, przez którą prawie przegapili jego stoisko. Cholera jasna, mógłby bardziej się postarać dla klientów. - Słuchaj, to na pewno nie chodzi o szynkę? To nazwisko...
Felix zmrużył oczy, wpatrując się uważne w listę zakupów. Może i była okropnie nieczytelna, ale widział "węd" i "arz" w jednym słowie, a obok "illi" a to na początku to albo było kopnięte m, albo ch. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo ostatnie pół godziny próbował odcyfrować to, co było tu napisane, z niewielką pomocą Jima, który jak zwykle błądził myślami gdzieś wśród żebraków i chorych matek z dziećmi. Czy tam matek z chorymi dziećmi. To nie tak, że Bell nie miał serca, po prostu oni sami byli biedni jak myszy kościelne - uważał że nie mieli więc obowiązku dzielić się pieniędzmi z pierwszą lepszą osobą, która narzeka na swój los. To bogaci powinni się tym zająć. Na przykład taki Prewett, którego Elaine znała i którego Felix przeżyć nie mógł. Głupi facet o głupim nazwisku, ale z tego co się dowiedział, to srał na złotym kiblu a łzy ocierał monetami. Dupek.
Buzia Felixa na chwilę się nachmurzyła, lecz nie miał teraz czasu na wyzywanie wszystkich mężczyzn, kręcących się obok Elaine, bo właśnie zbliżyli się do straganu, a Jim palnął coś o Żydach.
- Jim, nie będziesz chciał spróbować papryczki? - zapytał słodkim głosem, wiedząc doskonale jak to cholerstwo działa. Jeśli jego brat nie zamknie ryja, gdy tylko wejdą w zakres słuchu Wędliniarza, to mogą się pożegnać ze zniżką. A Felix BARDZO chciał zrobić zakupy i wrócić z co najmniej połową złota, które miał. - Wojciech! Najlepszy sprzedawca najlepszych papryczek w całej Anglii!
Bell posłał Jimowi spojrzenie, mówiące teraz ja gadam a ty siedź cicho, a Wędliniarzowi: swój najlepszy uśmiech numer 6. Ten zawadiacki, trochę filuterny i mówiący "mam pieniądze, dawaj towar".
- Słyszałem, że masz coś nowego, co sprawi, że będzie piekło nie dwa, a trzy razy! - najpierw wybada sytuację, potem będzie czarował i się targował.