Murtagh czuł ból promieniujący z jego piersi na cały tors i rozlewający się powoli aż do kończyn. W pierwszym momencie ból go zelektryzował, sprawił, że adrenalina w zdwojonej ilości popłynęła w jego żyłach, dzięki czemu mógł się podnieść i rzucić zaklęcie, które skończyło życie ojca Tristana. Teraz znieczulające i energetyzujące działanie adrenaliny zaczęło powoli znikać, a on sam zachwiał się lekko na nogach.
Wyglądało na to, że obaj jego towarzysze byli wciąż bardzo żadni krwi. Gdyby im na to pozwolił, mogliby prawdopodobnie znęcać się nad samym Wardem jeszcze przez wiele godzin, zamieniając jego życie w agonię. Sprawiało mu to satysfakcję, szczególnie, że Ward naznaczył go swoją magią - mszcząc się za te wszystkie lata wyśmiewań i prześladowań, choćby w takim niewielkim zakresie.
On sam jednak czuł, że chociaż rana mu zadana nie zagrażała w żaden sposób życiu, to psuła mu zabawę i niszczyła jego kontrolowany, schludny i okrutny teatrzyk, odsuwając go na drugi plan. Poza tym, oboje rodzice mugolaka już nie żyli, więc Śmierciożercy zdawałoby się spełnili misję z którą tutaj się pojawili.
- Dość. - powtórzył za Tristanem, chociaż zwracał się teraz do Lestrange'a, patrząc na niego spokojnym ale nieznoszącym sprzeciwu wzrokiem. Ich misja tutaj była skończona, ich cele osiągnięte. Jaki był więc sens ryzykowania, że dopadną ich Aurorzy, w końcu zebrani z biura?- Musimy zatrzeć ślady. - dodał, rozglądając się po zdemolowanym pomieszczeniu. - Serpens, myślę że bombarda powinna zrobić dobrą robotę. Vipera, dopilnuj, żeby panu Wardowi włos z głowy nie spadł, myślę że wystarczy go wywlec na zewnątrz. Spotkamy się, żeby zdać raport. - polecenia wydawał spokojnym, wyważonym głosem. Mimo to widać było, a raczej słychać w jego głosie zmęczenie obecną sytuacją. Pobawił się, wyżył, teraz chętnie zapaliłby i wsunął się do łóżka w towarzystwie jakiegoś ciepłego, kobiecego ciała. Myślami był już pod prysznicem, dodatkowo rozważał jak najlepiej byłoby pozbyć się dokuczliwej rany. Sam nie był zbyt wybitnym medykiem, ale znał parę osób na Nokturnie, które opatrywały różnorakie rany, nie pytając o ich pochodzenie. Wyglądało na to, że właśnie kogoś takiego będzie musiał odwiedzić.
Zaszczyciwszy całą scenę jeszcze jednym spojrzeniem, skupił się na miejscu w które chciał się teleportować i już po chwili jego sylwetka rozwiała się w czarnej mgle, jak gdyby nigdy go tu nie było.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London