Przyglądałaś się mu uważnie, obserwowałaś jego mimikę twarzy, szukałaś oznak tego, że przyszedł cię zdradzić, ale nic takiego nie dostrzegłaś. Nie mógłby cię zdradzić, bo Persephony Degenhardt się nie zdradzało, nie okradało, nie zamykało. Groziło to klątwą, zemstą i wieczną pamięcią o tym, co dana osoba ci uczyniła. Nigdy nie zapomnisz tego, co ktoś tobie zrobił. Twojego męża również czekała zemsta, ale nie byłaś pewna, czy dasz radę to zrobić, nie byłaś pewna, czy w zaświatach jak do niego dotrzesz będziesz miała na tyle siły, aby go skrzywdzić za porzucenie cię. Medalik od niego nadal płonął, nadal był ciepły od miłości do ciebie, więc może żył, albo tak mocno cię kochał, że to zbierało jego miłość z miejsca, w którym umarł? Nie to jednak było ważne. Ważne było to, że stał tu twój kuzyn i miał do ciebie sprawę. Przekrzywiłaś lekko głowę i przyglądałaś się mu uważnie, wbijałaś swoje granatowe oczy wprost w jego duszę. Potrafiłaś czytać dusze innych ludzi? Oczywiście, że nie, ale ci ludzie tego nie wiedzieli, ty po prostu potrafiłaś w ten sposób na innych patrzeć, pożerać ich, zapamiętywać każdą niedoskonałość na ich twarzach, czy w ich słowach oraz gestach.
Kącik ust nadal unosił się w zagatkowym uśmiechu, przyszedł po poradę do ciebie, nie do Londyńskich gogusiów wśród, których się obracał, tylko do ciebie. Do rodziny. Do Persephony. Nie spuszczałaś go z oczu, gdy siadał na krześle. Mogłabyś zamknąć sklep, mogłabyś dać im zalążek komfortu, ale ty nienawidziłaś czuć się komfortowo. Lubiłaś stres, który pobudzał twoje martwe serce do szybszego bicia, do tego przyjemnego strachu, który paraliżował ci ruchy, więc nie zamknęłaś sklepu, a może też dlatego, że chciałaś na kogoś nakrzyczeć jak wam przerwie, wyprosić jakiegoś klienta mówiąc, że jest zamknięte? Nie wiedziałaś. Oparłaś się o blat swojego biurka, ściągnęłaś powoli rękawiczki i odłożyłaś je na biurko.
– Rodzina zawsze na pierwszym miejscu – odpowiedziałaś zaraz po nim i założyłaś dłonie na klatce piersiowej lekko stukając palcem o ramię. – Czego potrzebujesz, mój drogi Stanleyu? Masz jakieś kłopoty? – mówiłaś powoli, cicho, bez nerwów warząc wręcz każde słowo jakby od tego zależało twoje życie, a przecież nie zależało. Byłaś bezpieczna przy nim. Odbiłaś się lekko od biurka i wzięłaś od niego papierosa, którego pozwoliłaś mu odpalić, bo przecież sama tego nie będziesz robić. Oparłaś się znowu o biurko. Mogłaś usiąść, ale nie musiałaś, więc tego nie robiłaś. – Napijesz się czegoś? – zapytałaś z grzeczności. Mogłaś mu dać alkohol o ile pił o takiej porze, mogłaś zaparzyć mu ohydną angielską herbatkę, której nigdy nie nauczyłaś się parzyć, więc raczej tego na pewno nie zaproponuje, mogłaś też dać wodę lub kawę.
– Nigdy nikomu nie zdradzę twoich sekretów, Stanleyu, mógłbyś zabić na moich oczach, a ja powiedziałabym, że nigdy czegoś takiego nie widziałam – zapewniłaś go patrząc mu prosto w oczy. Czy kłamałaś? Oczywiście, że nie. Byłaś dobra w kłamaniu, ale swojej rodziny nigdy nie okłamiesz, a zwłaszcza tego kuzyna, bo wyjątkowo naprawdę dawał się lubić.