19.11.2022, 14:15 ✶
- Jest na niej kilkanaście osób. Poza tym nie wiemy niestety, czy klątwę rzucono w kuchni, prawda? – Ale nie zaskoczyło takiej zrobić. Tak na wszelki wypadek. Brenna zazwyczaj funkcjonowała w wiecznym chaosie, ale pod względami organizacyjnymi kochała listy i segregatory.
- Erik, ty nie rozumiesz. Większość ludzi uważa, że kompletne ideały są onieśmielające. Kiedy dowiadują się, że w czymś nie jesteś najlepszy, to dostrzegają w tobie człowieka – pouczyła go Brenna. I nawet nie wydawało się, że żartuje! Ale owszem, plotkowała o swoim bracie. Głównie o nim. Choć zwykle były to raczej rzeczy w rodzaju „Tak, zamknął sprawę Harrisonów, znalazł winnych” albo „och nie, nie planuje rzucić pracy, żeby zostać zawodowym graczem quidditcha, myślę, że na to już za późno, poza tym jednak spełnia się jako Detektyw”. – Poza tym jestem pewna, że Mavelle pamięta ten dzień, kiedy miałeś czternaście lat i w wakacje próbowałeś ugotować nam zapiekankę… A co do listy. Było w niej kilka osób, przy okazji na przykład przyjęcia urodzinowego dziadka albo ostatniego balu mamy. Służba, dostawcy i tak dalej. Zdarzali się też goście, rzadko wprawdzie, z którymi nie utrzymujemy zażyłych kontaktów. Nikt bardzo oczywisty, ale też nikt, kogo mogłabym z góry wykluczyć.
Sąsiad, wpadający na chwilę, jakaś klientka Dory, dziewczyna, z którą Erik spotykał się przez chwilę, dawny kolega z pracy ojca, który przyprowadził ze sobą nową partnerkę. Oczywiście przede wszystkim jednak osoby, które zatrudniono do pomocy. Matka wprawdzie sprawdzała ich równie obsesyjnie, jak teraz robiła to przed balem Brenna, ale przecież nie mogły mieć sto procent pewności, czy ktoś nie ma urazu do Erika, bo w szkole zakochała się w Longbottomie jego dziewczyna albo wygrał z nim mecz quidditcha.
- To było… nie pamiętam. Trzy czy cztery lata temu? – zastanowiła się Brenna, odnośnie kurnika. – W każdym razie wydaje mi się, że wyjechałaś wtedy na urlop, więc akurat nie zarzucałam cię opowieściami na ten temat…
Roześmiała się na jego wizję. Jeśli szło o ładne, wiosenne sukienki, to Brenna tak naprawdę nie miała nic przeciwko nim. Nie nosiła ich zwykle nie z niechęci do sukienek, a raz – w spodniach po prostu mogła się szybciej poruszać, dwa – po prostu uważała, że nie wygląda w nich najlepiej. Nie miała egzotycznej urody Mavelle czy uroczego wyglądu Nory.
Ale chodziło o…
- Ja i warkocze? Jak chciałbyś, żeby te włosy współpracowały? Nie wspominając o małej dziewczynce o moim wzroście. Ale dobrze, jeśli chcesz psidwaka, mogę spróbować podejść do odpowiedniego okienka z pączkami. – Pączki mogły zadziałać równie dobrze, jak uśmiech Erika. – Ale terier albo kundel też mogą być, jeśli chodzi o mnie, nie mam preferencji.
Brennie nie zależało na rodowodzie, rasowatości ani konkretnym rozmiarze. Ważne było właściwie tylko to, by nie był agresywny, bo w domu mieszkało sporo ludzi, więc nie chciała, by ktoś poczuł się zagrożony. Jedyne, co ją interesowało, to możliwość wychodzenia z nim na spacery. I oczywiście każdej opieki.
- Spokojnie, Erik, przecież ja jeszcze wpadnę do pokoju Mav, pomóc jej się rozpakować, a tak naprawdę to gadać jej za uszami… a co do wody, to możesz zaryzykować, tylko nie zdziw się, jeśli czajnik zacznie ją wypluwać.
- Erik, ty nie rozumiesz. Większość ludzi uważa, że kompletne ideały są onieśmielające. Kiedy dowiadują się, że w czymś nie jesteś najlepszy, to dostrzegają w tobie człowieka – pouczyła go Brenna. I nawet nie wydawało się, że żartuje! Ale owszem, plotkowała o swoim bracie. Głównie o nim. Choć zwykle były to raczej rzeczy w rodzaju „Tak, zamknął sprawę Harrisonów, znalazł winnych” albo „och nie, nie planuje rzucić pracy, żeby zostać zawodowym graczem quidditcha, myślę, że na to już za późno, poza tym jednak spełnia się jako Detektyw”. – Poza tym jestem pewna, że Mavelle pamięta ten dzień, kiedy miałeś czternaście lat i w wakacje próbowałeś ugotować nam zapiekankę… A co do listy. Było w niej kilka osób, przy okazji na przykład przyjęcia urodzinowego dziadka albo ostatniego balu mamy. Służba, dostawcy i tak dalej. Zdarzali się też goście, rzadko wprawdzie, z którymi nie utrzymujemy zażyłych kontaktów. Nikt bardzo oczywisty, ale też nikt, kogo mogłabym z góry wykluczyć.
Sąsiad, wpadający na chwilę, jakaś klientka Dory, dziewczyna, z którą Erik spotykał się przez chwilę, dawny kolega z pracy ojca, który przyprowadził ze sobą nową partnerkę. Oczywiście przede wszystkim jednak osoby, które zatrudniono do pomocy. Matka wprawdzie sprawdzała ich równie obsesyjnie, jak teraz robiła to przed balem Brenna, ale przecież nie mogły mieć sto procent pewności, czy ktoś nie ma urazu do Erika, bo w szkole zakochała się w Longbottomie jego dziewczyna albo wygrał z nim mecz quidditcha.
- To było… nie pamiętam. Trzy czy cztery lata temu? – zastanowiła się Brenna, odnośnie kurnika. – W każdym razie wydaje mi się, że wyjechałaś wtedy na urlop, więc akurat nie zarzucałam cię opowieściami na ten temat…
Roześmiała się na jego wizję. Jeśli szło o ładne, wiosenne sukienki, to Brenna tak naprawdę nie miała nic przeciwko nim. Nie nosiła ich zwykle nie z niechęci do sukienek, a raz – w spodniach po prostu mogła się szybciej poruszać, dwa – po prostu uważała, że nie wygląda w nich najlepiej. Nie miała egzotycznej urody Mavelle czy uroczego wyglądu Nory.
Ale chodziło o…
- Ja i warkocze? Jak chciałbyś, żeby te włosy współpracowały? Nie wspominając o małej dziewczynce o moim wzroście. Ale dobrze, jeśli chcesz psidwaka, mogę spróbować podejść do odpowiedniego okienka z pączkami. – Pączki mogły zadziałać równie dobrze, jak uśmiech Erika. – Ale terier albo kundel też mogą być, jeśli chodzi o mnie, nie mam preferencji.
Brennie nie zależało na rodowodzie, rasowatości ani konkretnym rozmiarze. Ważne było właściwie tylko to, by nie był agresywny, bo w domu mieszkało sporo ludzi, więc nie chciała, by ktoś poczuł się zagrożony. Jedyne, co ją interesowało, to możliwość wychodzenia z nim na spacery. I oczywiście każdej opieki.
- Spokojnie, Erik, przecież ja jeszcze wpadnę do pokoju Mav, pomóc jej się rozpakować, a tak naprawdę to gadać jej za uszami… a co do wody, to możesz zaryzykować, tylko nie zdziw się, jeśli czajnik zacznie ją wypluwać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.