Nie wszystkie bitwy dało się wygrać. Tak samo nie z każdej potyczki dało się wyjść bez szwanku. Erik był tego świadomy. Ciężko było, aby przez całe swoje dotychczasowe życie nie pojął tej lekcji, biorąc pod uwagę, że od lat był zarówno pracownikiem Brygady Uderzeniowej, jak i członkiem klubu pojedynków. Nawet najwybitniejsi czarodzieje miewali chwilę słabości. Czasem los się po prostu od nich odwracał, pozwalając danego dnia innym ludziom cieszyć się wygraną. Nie musiało mu się to jednak podobać.
Erik był nieco arogancki. Cecha ta rzadko się u niego objawiała, jednak bliskie mu osoby, które widziały go w naprawdę najróżniejszym stanie były aż nazbyt świadome tego, że jest zbyt pewny siebie. Za bardzo wierzył w to, że jego najbliższym nie może stać się nic złego. Przynajmniej nic takiego, co ich kompletnie zmiecie z planszy zwaną życiem. Wychodził z założenia, że przetrwania do lepszego świata im się po prostu należało, gdy stawiali swoje życie na szali walki z czarną magią. Podobnie było na statku; działał instynktownie, będąc pewnym, że los będzie po jego stronie. Tym razem się przeliczył. A może po prostu nie był aż tak dobry?
— Mogłem być bardziej ostrożny — przyznał z ociąganiem na słowa Patricka. — Może wtedy zrozumielibyśmy więcej z tego, co właściwie się tam wydarzyło. — Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że znali tylko część historii okrętu, a jej spory fragment obecnie spoczywał na dnie morza, skazany na wieczne zapomnienie. — No i może uniknąłbym kilku siniaków.
Uśmiechnął się lekko do Stewarda, kiwając powoli głową. Czasem nie mógł się nadziwić, że potrafił być jednocześnie tak konkretny, a jednocześnie życzliwy. Może to było właśnie to coś, co sprawiło, że teraz niósł na swoich barkach tak ogromny ciężar? Dumbledore wiedział, co robi, pomyślał przelotnie Erik, jednak niedane mu było przeprowadzić długiej, wewnętrznej rozmowy z samym sobą. Oto Brenna zjawiła się obok z Norą.
— Może powinienem zainwestować w jakieś tradycyjne szaty? — zażartował, gdy siostra poprawiała wianek na jego głowie. — Nasza moda nie uległa zbyt dużej zmianie. Długie płaszcze, spiczaste tiary... — Zmarszczył lekko nos. — Teraz jak o tym myślę, to w starych kufrach dziadka na pewno by się znalazło coś ciekawego.
O ile nikt wcześniej ich nie przegrzebał, pomyślał z przekąsem. Nie podejrzewał o to Brenny, czy którejś z kuzynek, ale już rodziców? To byli godni podejrzani. Godryk może i był całkiem żwawy, jednak zaawansowany wiek nawet jemu mógł się chwilami dawać w znaki. Pewne obowiązki związane z zarządzaniem rezydencją po prostu musiały przypaść innym. A pośród tylu domowników, każdy skrawek miejsca był na wagę złota... Kto wie, czy parę kufrów nie opuściło piwnicy lub strychu podczas świątecznego sprzątania w zeszłą zimę?
— Jest to jakiś pomysł — stwierdził w kierunku Thomasa, zdejmując na moment wianek i przykładając w różne części temblaka, jakby sprawdzał, z której strony wyglądałby najbardziej estetycznie. Koniec końców nakrycie głowy wylądowało ponownie na głowie Erika, a mężczyznę ogarnęło poczucie spokoju. — Aczkolwiek dwa wianki to chyba byłoby nieco za dużo. Wyjdzie na to, że za każdym razem, jak tu przychodzę w gości, to ląduje w jakimś dziwnym kostiumie. — Wskazał ostentacyjnie palcem na Norę. — Ostatnio zrobiła ze mnie kota. Miałem nawet ogon!
Pozwalając chłopakowi przetworzyć tę informację, uwolnił go od babeczki, aby na koniec sięgnąć także po ciastko z wróżbą.
!ciastko z kwiatkiem
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞