Uśmiechnął się krótko w odpowiedzi na słowa Gerarda.
Większość nie powinna i to nie była nawet kwestia alkoholu.
— Szkoda. Przydałbyś się tam — skwitował tylko, nie zagłębiając się w dyskusje z wujkiem ani tym bardziej próby przekonywania go; swoje zdanie wyraził przecież dość jasno. Z resztą Logan przypuszczał, że nawet gdyby chciał się wyrwać na polowanie w środku przyjęcia, ciotka nigdy by mu na to nie pozwoliła. A ona nie była kimś, z kim Logan chciałby zadzierać.
Jak na zawołanie, kiedy tylko o niej pomyślał, Jennifer pojawiła się obok nich zupełnie znikąd. Przełknął ślinę najdyskretniej jak tylko potrafił, po czym odwrócił się do krewniaczki. Ale nie potrafił ukryć grymasu, który przeciął jego twarz w reakcji na prośbę ciotki, kiedy dotarło do niego, o co tak właściwie go prosi. Imię Trevor najpierw trafiło w próżnię; przez kilkanaście sekund nie mógł pojąć dlaczego Jennifer prosi właśnie jego o przywitanie jakiegoś obcego faceta i co dokładnie znaczyło zajęcie się nim, bo akurat tę frazę Logan mógł zrozumieć bardzo opacznie.
Dopiero po kilku uderzeniach serca powiązał imię z osobą i historią, nawet jeśli nigdy nie widział go na oczy. Musiało chodzić o Trevora Yaxleya, czarną owcę rodziny, który — wnioskując z zapewne przesadzonych plotek krążących po rodzinie — był ścigany za przekręty w Ministerstwie. W takim razie Logan nie potrafił zrozumieć po co pojawiał się w samym środku przyjęcia gromadzącego również pracowników Ministerstwa Magii i zwalał się akurat na jego głowę jako dodatkowy problem, którego nie potrzebował. Logan zerknął w stronę kuzyna witającego gości.
Jeśli miałby to zrobić dla kogoś, to właśnie Theon byłby jedyną taką osobą. Wyręczenie go w tej zdecydowanie niewygodnej sytuacji było oczywiście przykrym obowiązkiem i budziło głęboką irytację Logana, ale i mimo to postanowił to zrobić.
— Zajmę się tym — odparł cicho Jennifer i zwrócił się w stronę Seraphiny, która pozbywała się go z przyjemnością. — Później ci to wynagrodzę — rzucił przekornie z brzydkim uśmiechem na ustach.
A następnie bez dalszego zwlekania ruszył w stronę głównego wejścia z dłońmi wciśniętymi w kieszenie szaty; miał nadzieję, że niezapowiedziany gość czeka na dziedzińcu. Wychodząc, dosłyszał jeszcze donośny głos Gerarda zaczynającego swoje przemówienie, ale po przekroczeniu progu hallu słowa rozmyły się i straciły znaczenie. Logan wyszedł na zewnątrz — chłód wczesnego poranka o tej porze rozproszyło już słońce, ale i tak wepchnął dłonie zaciśnięte w pięści głębiej w kieszenie. Z daleka dostrzegł wóz i stojącego przy nim mężczyznę. Wyminął skrzata kręcącego się nerwowo dookoła pokaźnego arsenału i przez chwilę przyglądał się broniom, wybierając już jedną z nich. Wreszcie stanął przed obcym.
Że też ciotka nie wysłała kogoś przynajmniej odrobinę bardziej obytego towarzysko.
— Trevor? — zapytał wprost, zawieszając beznamiętne spojrzenie na obcej twarzy. — Jennifer prosiła — żebym się tobą zajął — żebym cię przywitał w ich imieniu. Logan Borgin. — Przedstawił sprawę rzeczowo, ostatecznie wyciągając rękę w jego stronę na powitanie.
Co on właściwie miał z nim zrobić? Nie nadawał się na niańkę, a już szczególnie dla dorosłego faceta.
just wanna bury them