Przyglądała się mężczyźnie przez dłuższą chwilę. Nie wyglądał najlepiej, znaczy jak na to, że złapało go to apogeum na dworze to i tak nie było tak źle, jednak zdecydowanie mogło być też lepiej. Pogoda bywała kapryśna, Londyn jednak zaczął ją do tego przyzwyczajać. Miała wrażenie, że ciągle bywał humorzasty.
Zastanawiała się przez moment, kiedy to właściwie widziała go po raz ostatni. Nie potrafiła jednak tego określić. Nie wypytywała o jego nieobecność swoich przyjaciół, bo uważała, że nie wypada, jednak zdawało jej się, że minęło trochę czasu. Musiał być w drodze, założyła tak dosyć śmiało, bo nie było go dłużej, a bywała w ich domu naprawdę często. Przede wszystkim zabrakło go na pogrzebie brata, co również rzuciło jej się w oczy. Figg była bowiem jednym z gości na tej ceremonii. Sporo się zmieniło, ciekawe, jak się w tym wszystkim odnajdywał. Nie był to jednak odpowiedni moment na takie rozważania.
- Możemy coś zaradzić na to, żeby był dobry. - Powiedziała całkiem sympatycznym tonem, jak to miała w zwyczaju. Wyszła zza lady, wydawało jej się, że jej umiejętności związane z prostą magią użytkową mogą się przydać. Poruszała się raczej wolnym tempem, jakby się nigdzie nie spieszyła. Jej różowa sukienka idealnie pasowała do wnętrza tego miejsca, które było landrynkowe. Widać było, że cukiernia, którą stworzyła była pełna tego, co panna Figg lubiła najbardziej.
Podeszła bliżej mężczyzny, miała nadzieję, że się o to nie obrazi. - Mam taki pomysł, może najpierw pozwoli mi się Pan osuszyć, a później przejdziemy do tematu ciastek? Szkoda by było się zaziębić latem. - Może i był to i letni deszcz, jednak nie wydawało jej się, aby warto było ryzykować chorobą. Oczywiście nie zamierzała nalegać, jednak wydawało jej się, że był to świetny pomysł.
Kiedy znalazła się bliżej niego dostrzegła opaleniznę, nie do końca typową dla osób, które przebywały w Anglii. Być może miał to szczęście, że przebywał ostatnio gdzieś, gdzie słońce było zdecydowanie częstszym gościem na niebie. Nie miała tak naprawdę pojęcia, czym mężczyzna zajmował się zawodowo, słyszała jednak od rodziców chrzestnych Mabel, że często wyjeżdża.
- Oczywiście chętnie poczęstuję też kawą, czy herbatą, wydaje mi się, że warto byłoby się rozgrzać. - Zdecydowanie nie zamierzała pozwolić mu tu stać takim zmoczonym i zziębniętym. Dbała o wszystkich, którzy tylko chcieli dać sobie pomóc, oczywiście na tyle na ile potrafiła. Tak już miała.
- Ach i nie zamierzam też stąd Pana wypuścić, dopóki nie przestanie padać, bo wtedy wszystkie moje propozycje straciłyby sens. - Wolała go o tym uprzedzić, nim przejdzie do działania. Na jej twarzy ciągle malował się uśmiech i biło od niej ciepło, takie zwyczajne, widać było, że chce mu choć trochę uprzyjemnić ten dzień, na ile potrafiła, żeby nie był aż tak bardzo stracony.