Bo przecież istotnie chciała być podziwiana; chciała czuć na sobie lepkie spojrzenia, klejące się do niej niczym uporczywe muchy – te jednak jej nie przeszkadzały w żadnym aspekcie, a ona sama – egocentrycznie wręcz piękna – kąpała się w cudzej atencji, pod pierzem uśmiechów skrywając bestię więzioną w klatce żeber, wraz z prędko bijącym, tak wrażliwym na estetykę sercem. Może gdyby była odrobinę mniej próżna, odrobinę mniej zapatrzona w szklaną powierzchnię lustra, zaznałaby kropel pokory; te jednak zastawały ją nieśpiącą w swym absurdzie, zręcznie pomijając zepsute wnętrze, karmione przejawami kontrowersji. Dlatego prawdopodobnie jego wzrok, speszony i zatrzymany w soczystej barwie burgunda, nie zastanowił, a jedynie zamknął w butelce całą jej pewność siebie, posyłając w eter. Bo była przecież pewna siebie; była pewna swoich walorów i choć dziecięco wręcz marzycielsko – jeśli w grę wchodziła wyższa stawka, porzucała sentymenty.
– Dziękuję – zabłysła w odpowiedzi urokliwym uśmiechem, który prędko rozgościł się na twarzy, ukazując odrobinę nierówne zęby. Ale powiedz mi coś, czego nie wiem – dodała prędko w myślach, wargi jednak pozostały nieprzejednanie zasznurowane.
Widząc powagę moszczącą swoją niszę na jego twarzy, kąciki ust poszybowały w górę w prędkości wręcz niebotycznej, zupełnie jakby osiągnęła swój zawoalowany cel. Wbijała w niego przez ułamki sekund wzrok, w którym igrała z ciemnym orzechem barwy, solidna doza iskier, blaskiem odbijająca się w szkle tęczówki. Uniosła spokojnie papierosa do warg – niespiesznie, zupełnie jakby odpowiedź na jego oburzenie lokowała się na końcu listy obecnych priorytetów. Zdążyła pociągnąć dwa solidne hausty nikotynowej rozpusty, nim zmarszczyła brwi – urokliwie, jak mała dziewczynka – czując jednocześnie wzbierające w krtani słowa.
– Zatem wyjaśnij mi, Castielu, kiedy stałeś się na tyle drażliwy, a może wrażliwy, że moje żarty nie trafiają do ciebie? Nie odbierz mnie źle, twoje oburzenie jest urocze. Nurtuje mnie jednak jego faktyczna przyczyna – rzekła, a po chwili jej usta opuściło ciche westchnięcie. Tak ciche, że prawie jakby nie istniało.
– Nie będziemy udawać, gdybym chciała udawać, że czegoś nie powiedziałam, to przecież bym tego nie powiedziała – rzuciła rzeczowo.
Ujęła w palce wisiorek, który do tej pory spoczywał miękko na jej dekolcie, łącząc się z kwiatowymi nutami goszczące w zgięciu szyi – prezent od Leandra, migotliwe, niewielkie serce wykładane diamentami, na tyle posiadające wygrawerowane jedno słowo – mine. Lubiła je nosić, zwłaszcza, gdy wstępowała na poły flirtu z innymi mężczyznami, zupełnie jakby kpiła przy tym okrutnym akcie z tak zwanego bycia jego. Bo należała przecież tylko do siebie – myśl ta mimowolnie wywoływała w umyśle fale wzburzonego głosu narzeczonego, dla którego była tylko ozdobą.
– A czego ty oczekujesz od tego spotkania? Na moment przestańmy wiedzieć, że to ja posłałam sowę w twoim kierunku – odpowiedziała ponownie przybierając ten szatańsko urokliwy uśmiech. – Powiedz mi czego pragniesz.