Poza panem domu, wszyscy domownicy spali póki co smacznie w swoich łóżkach. I tak miało na razie pozostać. Co prawda Murtagh nie stronił od przemocy, a nawet się w nie lubował, ale nie był też fanem bezcelowego mordu, szczególnie kiedy rzecz miała dotyczyć czarodziejów. Mugole to co innego, ale nawet wśród nich pewnym tabu były dla Macmillana dzieci. Aż tak nisko jeszcze się nie stoczył - wskazówka jego kompasu moralnego zatrzymała się obecnie na kobietach i twardo tam stała. A już krzywdzenie czarodziejów było mu szczególnie nie w smak. Rozumiał jednak potrzebę i to, że pewne rzeczy nie mogły zaistnieć, jeśli nie zostały poprzedzona odpowiednio odmierzoną i wycelowaną przemocą.
Macmillan poczekał, aż zamaskowany Śmierciożerca zaknebluje jego ofiarę. Następnie oczyścił umysł, usuwając z niego wszelkie niepotrzebne myśli, przemyślenia, pragnienia i wątpliwości, pozostawiając w nim jedynie żelazną potrzebę i głód wiedzy, głód odkrycia. Uwielbiał ten spokój, który nauczył się osiągać tuż przed tym, zanim wparł się w umysł ofiary, przebijając jej mentalne bariery. Preferował robić to przemocą, wiedząc, że zakamarki umysłu ofiary w które dociera, są jej najbardziej skrytym, najprywatniejszym sanctum a on swoją obecnością bruka je i niszczy, zamieniając w profanum.
Z namysłem pochylił się nad starszym mężczyzną, przytknął różdżkę do jego głowy i wyszeptał cicho - Legillimens. - skupiając swoją magię na umyśle i osobie siedzącego przed nim, nieprzytomnego mężczyzny.
Starszy mężczyzna siedział przy biurku, przeglądając papiery i popijając kawę. Stosik po jego lewej stronie był dość pokaźny, ale systematycznie zmniejszał się na rzecz tego po lewej. Z roztargnieniem spojrzał na zegarek, który nie posiadał żadnych wskazówek a tylko linię, która systematycznie się zapełniała. Do końca zmiany zostało mu już niewiele czasu i nie mógł się doczekać, kiedy powie żonie, że na święta dostanie premię. Mimo to nadal zostało mu sporo pracy, a przecież wszelkie raporty i dokumenty, które sprawdzali musiały przejść przez jego ręce i otrzymać jego podpis akceptacji. Nagle spojrzał w górę. Przed nim stała wysoka, zakapturzona postać w złotej masce. Dziwne, nie pamiętał tej postaci. Czego ona chciała? Mów! rozległ się rozkaz, który sprawił, że mężczyzna drgnął nerwowo. Ale co miał mówić? Nie rozumiał. Chcę sekretów! Ale czy on miał jakieś sekrety? Nie! No może poza tym że...
Scena zmieniła się i teraz ten sam mężczyzna, ubrany jednak dużo mniej formalnie, kucał przy niewielkim drewnianym ogrodzeniu. Za nim w ziemi była okrągła dziura, rodzaj areny na której stały dwa zwierzęta, przypominające psy rasy Jack Russel Terier, jednak z rozdwojonymi ogonami. Jeden z nich rzucił się właśnie na drugiego, zatapiając zęby w jego boku i szarpiąc wściekle. Ludzie dookoła, głównie mężczyźni w średnim wieku, pokrzykiwali entuzjastycznie, zagrzewając do walki swojego wybranka. Baldric ściskał w dłoni banknoty, a po drugiej stronie ringu stała ta sama czarna postać. Nie, nie, nie! To nie prawda! Wynoś się, przestań! Zaczął złorzeczyć i skomleć, próbując pozbyć się intruza ze swojej głowy, niestety nieskutecznie. Więcej! Zażądał głos, kierując jego myśli do... Nie, nie, do niczego. Kwiatków, pracy, papierów. W nieskończoność, jeden za drugim...
W realnym świecie, Manley zaczął się lekko trząść i skomleć, rzucając głową i napinając więzy. Na czoło pochylonego nad nim mężczyzny wystąpił pot, ale poza tym Murtagh wydawał się bez końca skupiony na swoim zadaniu.
... Jeden za drugim, jak twoje sekrety! Chcę je wszystkie! Nie możesz! Gdyby moja żona dowiedziała się że...
Scena znów się rozmyła, formując się ponownie w kształt niewielkiego, białego stolika kawiarnianego. Baldric denerwował się, bo dziewczyna, o wiele młodsza od niego, wcale nie musiała się tu pojawiać. Była jednak jego sekretarką i jej kariera - lub też jej brak - w Ministerstwie zależała tylko od tego czy z nim... Oj nieładnie, panie Manley I znów ta czarna postać, stojąca tuż za krzesłem na którym właśnie siadała drobna, ledwie osiemnastoletnia szatynka. Uśmiechała się do niego, choć czuł nieszczerość jej uśmiechu. Ale to nie było ważne, liczyło się jej drobne, mięciutkie, cieplutkie, dziewczęce ciało. Zdradza pan żonę? Zapytał uczynnie czarny kształt, niczym kostucha jego życia, wyciągająca na wierzch wszystkie jego złe uczynki. Nie, nie... Ale był teraz nagi, w łóżku z tamtą drobną dziewczyną. Wiedział, że po tym wieczorze ją zwolni, a ona zawstydzona odejdzie, bo większą hańbą ten romans byłby dla niej, niż dla niego. A przynajmniej o tym ją przekonał. Jesteś świnią, która wykorzystuje słabszych. I ukrywa zbiegów. Kogo ukrywasz?
Obraz zmienił się po raz czwarty, tym razem Marley stał w uliczce, przypominającej Śmiertelny Nokturn ale było tak ciemno, a wspomnienia wykazywały cechy magicznej alteracji, że nie dało się powiedzieć na pewno. Ktoś podszedł do starszego mężczyzny, pokazał mu coś, coś do niego powiedział. Nic jednak nie było słychać, nic nie było widać. Ciemna postać stałą tuż obok, ale nie mogła z niego wydrzeć tego jednego sekretu. Tylko nie tego. Bo gdyby się dowiedziała, to tamci...
Murtagh wciągnął ostro powietrze, otwierając oczy i odsuwając się o dwa kroki od Marleya. Żywy obraz młodej dziewczyny, uprawiającej seks z dużo starszym, nieatrakcyjnym mężczyzną nadal trwał przed jego oczami i przez chwilę lekko go zemdliło. Miał ochotę go zabić tu i teraz. Nie żeby sam nie robił gorszych rzeczy innym młodym dziewczynom, ale dużo trudniej było obserwować to s perspektywy osoby trzeciej, niż to przeżywać. Nie takie jednak było zadanie, więc odetchnął i spojrzał na Papilio.
- Pan Marley tu obecny uczestniczy w nielegalnych walkach psidwaków i zdradza swoją żonę. - oznajmił, a prawdziwość tych stwierdzeń potwierdził stłumiony okrzyk, dochodzący z ust mężczyzny, który tymczasem odzyskał przytomność. - Poza tym ma jeszcze jakiś jeden sekret, dotował pieniężnie kogoś lub grupę osób, ale ktoś nałożył magiczne zabezpieczenia na to wspomnienie. Może być ciężko je złamać, ale mogę mimo wszystko spróbować. Tylko nie obiecuję, że nie zrobi mu to z mózgu jajecznicy. - dodał, niepewny jak powinien postąpić dalej.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London