12.12.2023, 18:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.12.2023, 04:10 przez Septima Ollivander.)
Wśród sennych tykań zegara czas upływał niepostrzeżenie; biegł nierównomiernie, robiąc niejako węzły w upływie godzin, połykając całe puste interwały spędzone przez nią w sklepie. Senne również były jej powieki, wydawałoby się, że ołowiane w swej masie, dążące rozpaczliwie do słodkiego pojednania. Miała wrażenie, że coś lub ktoś, rzuciło na nią figlarny urok, skostniało jej umysł, pozbawiając ostatnich wątłych nici myśli. Nie wiedziała jeszcze co to miało zwiastować i najpewniej nigdy by nie zgadła, wszak nie była jasnowidzem, a zwykłym, rzemieślnikiem pozbawionym ekscytujących, genetycznych darów.
Przez ciemny lokal na Pokątnej człapało na wskroś całe wielkie, acz jeszcze niepewne lato: majaki drgających słojów powietrznych, kwadraty blasku, rozbryzgane na podłodze. Mętne melodie gwaru ulicy, refreny sporadycznych krzyków, piano jej westchnień i tylko jej, bowiem dotąd jeszcze żaden klient nie pojawił się w sklepie, lecz nie było to niczym niezwykłym zważywszy na dzień i porę dnia. W pracowni o pełnym zapachu lakieru, farb, rzeczy zaczętych i nie wypróbowanych, zawsze znalazło się coś do roboty i choć nie była to robota paląca, to do systematycznych nawyków przywykła, bo przecież ileż można czasu tkwić w chaosie, jeśli chaos już dawno sobie uwił gniazdo w twojej głowie.
Nareszcie wybiła pełna godzina; papiery inwentaryzacji, zdawkowo przeglądane, kartki z notatkami oraz dopiskami, rzuciła na bok, z zamiarem zrobienia sobie kawowej przerwy — notabene, trzeciej już dzisiejszego dnia. Subtelne akordy świeżo zmielonym ziaren, zmieszanych z korzennymi nutami kardamonu uderzyły do nozdrzy i chwilowo pobudziły, ale okazało się, iż wcale tego nie potrzebowała.
Bo dzwonek, i głos, męski, donośny, wybrzmiał z drugiej części sklepu.
— Witaj Morpheusu — wychyliwszy się zza ściany, przywitała go z uśmiechem, odstawiając na wpół pusty kubek na blat. Przyjrzała mu się, niby przyjaźnie, ale i całkiem nieelegancko, bo całą mocą swojego penetrującego spojrzenia. Wyglądał dziś inaczej niż zwykle, a wiedziała całkiem dobrze, a przynajmniej jej się wydawało, jak na co dzień się prezentował. Nie pamiętała już od jak dawna się znali, pewność miała jedynie co do genezy ich znajomości i nie była ona w żaden sposób niesamowita — Longbottom, jak zresztą spora część magicznej części Londynu, należał do klientów ich sklepu. Musiała go spotkać jeszcze jako nastolatka, kompletnie niezainteresowana dorosłymi oraz niezręcznymi gadkami o ocenach i nauce. Ale nastolatką nie była już od wielu lat i w kilkunastu złożonych sposobnościach, ze znajomego ojca, stał się również i jej znajomym. Chociaż wyłącznie znajomym nie był, nie dla osoby, której świat był tak ciasno osadzony w żelaznych ramach i to na jej własne życzenie.
— Wywróżysz mi coś z kawy i opiłków kardamonu? Coś miłego, w zamian za serwis różdżki.
Przez ciemny lokal na Pokątnej człapało na wskroś całe wielkie, acz jeszcze niepewne lato: majaki drgających słojów powietrznych, kwadraty blasku, rozbryzgane na podłodze. Mętne melodie gwaru ulicy, refreny sporadycznych krzyków, piano jej westchnień i tylko jej, bowiem dotąd jeszcze żaden klient nie pojawił się w sklepie, lecz nie było to niczym niezwykłym zważywszy na dzień i porę dnia. W pracowni o pełnym zapachu lakieru, farb, rzeczy zaczętych i nie wypróbowanych, zawsze znalazło się coś do roboty i choć nie była to robota paląca, to do systematycznych nawyków przywykła, bo przecież ileż można czasu tkwić w chaosie, jeśli chaos już dawno sobie uwił gniazdo w twojej głowie.
Nareszcie wybiła pełna godzina; papiery inwentaryzacji, zdawkowo przeglądane, kartki z notatkami oraz dopiskami, rzuciła na bok, z zamiarem zrobienia sobie kawowej przerwy — notabene, trzeciej już dzisiejszego dnia. Subtelne akordy świeżo zmielonym ziaren, zmieszanych z korzennymi nutami kardamonu uderzyły do nozdrzy i chwilowo pobudziły, ale okazało się, iż wcale tego nie potrzebowała.
Bo dzwonek, i głos, męski, donośny, wybrzmiał z drugiej części sklepu.
— Witaj Morpheusu — wychyliwszy się zza ściany, przywitała go z uśmiechem, odstawiając na wpół pusty kubek na blat. Przyjrzała mu się, niby przyjaźnie, ale i całkiem nieelegancko, bo całą mocą swojego penetrującego spojrzenia. Wyglądał dziś inaczej niż zwykle, a wiedziała całkiem dobrze, a przynajmniej jej się wydawało, jak na co dzień się prezentował. Nie pamiętała już od jak dawna się znali, pewność miała jedynie co do genezy ich znajomości i nie była ona w żaden sposób niesamowita — Longbottom, jak zresztą spora część magicznej części Londynu, należał do klientów ich sklepu. Musiała go spotkać jeszcze jako nastolatka, kompletnie niezainteresowana dorosłymi oraz niezręcznymi gadkami o ocenach i nauce. Ale nastolatką nie była już od wielu lat i w kilkunastu złożonych sposobnościach, ze znajomego ojca, stał się również i jej znajomym. Chociaż wyłącznie znajomym nie był, nie dla osoby, której świat był tak ciasno osadzony w żelaznych ramach i to na jej własne życzenie.
— Wywróżysz mi coś z kawy i opiłków kardamonu? Coś miłego, w zamian za serwis różdżki.