Unikanie relacji wiążących stało się jej domeną równie prędko, co wiecznie znudzona mimika i cięty język, który bynajmniej nie jednał jej kawalerów; nigdy nie ustawiały się do niej kolejki, a ona, wdzięczna bóstwom za oblicze bardziej surowej Ateny, aniżeli frywolnej Afrodyty – korzystała z tego garściami, pełnię koncentracji przelewając na własny dorobek naukowy i pracę wśród ludzi, którzy mówić już nie potrafili. Prawdopodobnie dlatego szybko zgorzkniała, a stukot jej niewysokich obcasów zwiastował w Ministerstwie jej duszną, obraźliwą osobowość. Nigdy przecież nie siliła się na arogancję – ta została wpisana filuternie w jej życiorys, nim jeszcze zdała sobie sprawę, iż takim przymiotem się ją określa. Nie uśmiechała się, nie zarzucała włosami, nie wprawiała welonu rzęs w mdły trzepot – zawsze otoczona fosą, nieprzebrnięta twierdza, a jej osoba zmęczona życiem zupełnie nie jakby ledwo przekroczyła trzydziestą wiosnę.
On jednak był inny i ta odmienność wyraźnie zarysowała się w jej umyśle; był zawsze obok niej, gdy tego potrzebowała, a takie chwile jak ta, wzbierały u niej masyw lśniących wspomnień, lokujących się na aksamicie myśli. Te wszystkie lata hogwardzkie, w których spoczywali latem na miękkim mchu poza zamczyskiem, gdy niby mimochodem kładła mu głowę na kolanach – takie gesty były dla nich przecież naturalne i niezobowiązujące; nigdy nie pomyślała, że kiedykolwiek spojrzy na Theona jako na mężczyznę z krwi i kości.
Przyzwyczaił ją do własnej dostępności; co gorsza, przyzwyczaił ją do siebie tak mocno, że nie widziała życia bez jego dusznej, często zbyt przytłaczającej, a jednak wybitnie chcianej obecności.
– Jak to brzmi w ogóle – rzekła, rozpromieniając się uśmiechem po raz pierwszy od jakichś trzystu sześćdziesięciu lat. – Ja ci się podobam. Ja podobam się tobie. Podobam się Theonowi Yaxley’owi, który przez dwadzieścia lat traktował mnie jak kolegę z podwórka. Powiedz, kiedy cię uwiodłam? – sarknęła, acz dziwnie urokliwy uśmiech satysfakcji, który prędko wykwitł na wargach, nie zmienił swojego miejsca przylegania.
Za każdym razem, gdy pojawiał się przy niej, traktowała to jako oczywistość; była dla niego ważna na przestrzeni tych dekad w równej mierze, co on był ważny dla niej. I choć jej osobowość pozostawała niezachwiana – dla Theona była gotowa przybrać mniej urągającą wersję siebie, która przecież gdzieś się tliła za solidną fasadą z ironii.
– Duch przejął moje ciało, gdy mnie pocałowałeś, bo z jakiegoś względu skończyliśmy tutaj – rzekła zaczepnie. – Nie odbierz mnie źle, mogę takiego ducha mieć w sobie ciągle, jeśli to oznacza, że będziesz… – mnie całował – …blisko.
Przyzwyczajona do prostackich trunków – lwią część jej znajomych stanowili w końcu mężczyźni, którzy nie sięgali po prosecco, tylko kufel piwa – z pewną dozą niepewności spojrzała na wino, którym po chwili wypełniły się ich kieliszki.
– Dla mnie żeberka – rzekła do kelnera, wzrok, który mówił nie żartowałam wbijając w Theona.
– Ach, no tak, Theon Myślą-Nieskalany Yaxley, jak mogłam zapomnieć – odparła żartobliwie, by po chwili pochylić się konspiracyjnie ku niemu. – To brzmi jak wyzwanie. Sugerujesz zakład? Rozmawiasz z hazardzistką, Yaxley – dodała, a figlarny uśmiech nie opuścił jej naturalnie sztywnej mimiki.
– Kurwa, następnym razem idziemy do jakiejś meliny. Stwórzmy pozory tej pierwszej randki i potem bujajmy się po spelunach Nokturnu – rzekła, unosząc podbródek nieznacznie.