adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
—16/07/1967—
Kompleks pawilonów parkowych, Wielka Brytania
Przyjęcie urodzinowe Lenore Potter
Erik Longbottom & Vincent Prewett
Urodzinowy bankiet siedemnastoletniej Lenory Potter był wspaniałym wydarzeniem, godnym obecności najznamienitszych rodzin czystej krwi w kraju. Kompleks pawilonów parkowych, położony na uboczu pośród wzgórz został przekształcony w miejsce iście zaczarowane: pośród drzew i krzewów tańczyły wielokolorowe pulsujące światełka, a unoszące się między budynkami lampiony oświetlały zaś kolorowe banery życzące stu lat solenizantce i zdobiły te eleganckie konstrukcje.
Noc była gorąca i parna, gościom to jednak zdawało się nie przeszkadzać. Bądź co bądź, mogli się cieszyć widokiem czystego rozgwieżdżonego nieba i delikatnym wietrzykiem, który otulał ich rozpalone twarze. Księżyc świecił jasno, rzucając srebrzystą poświatę na wynajęte przez Potterów miejsce na uroczystość.
Już na samym początku impreza podzieliła się na dwa odrębne obozy: młodych i... zaawansowanych wiekiem. Młodzi, w większości w wieku solenizantki aż po granice trzydziestu paru lat, zgromadzili się w głównym pawilonie, gdzie jeden z popularnych zespół grał skoczną muzykę. Z kolei starsi woleli spokojniejsze i chłodniejsze pawilony boczne, gdzie mogli się zrelaksować i porozmawiać. Grali w karty, czytali, plotkowali lub popijali wino przy zaklętych kominkach, w których tańczyły orzeźwiające chłodne płomienie. Przez uchylone rzędy okien obserwowali młodsze pokolenie z mieszaniną rozbawienia, zazdrości i pogardy, wspominając czasy własnej świetności.
Pra-ciotka wygląda, jakby zaczynała żałować całej kasy, jaką wydała na ten bankiet, pomyślał przelotnie Erik, opuszczając salon przeznaczony dla starszych gości, kołysząc się w rytm melodii z głównego pawilonu. Ostatnią godzinę spędził pośród dalekich kuzynów i kuzynek, godnie reprezentując ród Longbottomów... Starając się nie wylądować przy tym pod stołem lub w pobliskich krzakach zwracając zawartość żołądka. Musiał chwilę odpocząć, zanim zostanie uraczony następną kolejką wielobarwnych drinków. Dosyć szybko zdał sobie jednak sprawę, że starsi goście niezbyt mieli ochotę na jego towarzystwo. Nie miał nic innego wyjścia, jak wrócić do głównej sali.
A pomyśleć, że jeszcze parę tygodni wydawało mu się, że to właśnie Longbottomom przypadnie zaszczyt wyprawienia największego letniego przyjęcia. Dobrze, że ta wróżba się nie ziściła, bo Potterowie bez wątpienia mieli wygraną w kieszeni. Mieli też powód do świętowania – córka wkraczała w dorosłość – a przy tym dysponowali na tyle dużymi sumami, że nie musieli się przejmować kosztami wynajmu kompleksu. Teoretycznie rodzina Erika mogłaby też sypnąć groszem, tyle że ich przyjęcia w dużej mierze skupiały się na tym, żeby zebrać pieniądze na coś lub na kogoś, a nie tylko je wydać. Ach, ta działalność charytatywna.
Gdy tylko wrócił na salę „młodych”, momentalnie uderzył go zapach alkoholu, potu i jedzenia z wystawnego bufetu, który znajdował się pod jedną ze ścian. Goście tańczyli, pili, flirtowali i śmiali się, nie zważając na świat na zewnątrz. Wszyscy bawili się w najlepsze. Tej nocy świat zewnętrzny mógł równie dobrze nie istnieć; rzeczywistość zdawała się skurczyć do terenu parkowego kompleksu. Dolina Godryka, Londyn, Anglia... To wszystko traciło na ważność, na swój sposób rozpuszczając się w świetle unoszących się pod sufitem świeczek.
Erik przesuwał się wzdłuż bocznej ściany, starając się trzymać jak najdalej od parkietu. Podobno parę kobiet wcześniej go szukało z zamiarem zaproszenia go do tańca. Chciał za wszelką cenę tego uniknąć. Miał dziwne wrażenie, że wystarczy kilka piruetów i obrotów, a wzmianka o tym, że nie potrafi utrzymać zawartości żołądka na miejscu, będzie na ustach wszystkich. A są tu wszyscy, którzy się liczą, pomyślał przelotnie, uśmiechając się do jednego z kelnerów, który go minął.
Po wyjątkowo długim spacerze, Erik dotarł w końcu do baru. Ten był wyjątkowo opustoszały; przy ladzie siedziały dwie nastolatki sączące na spółkę Ognistą Whiskey i jeden półprzytomny facet bredził coś o czymś do barmana. Longbottom już chyba wolał siedzieć sam. Zaszył się na rogu baru, siadając na stołku obrotowym. Momentalnie zakręciło mu się w głowie, jednak gdy zaparł się rękami o blat, spojrzenie mu się wyostrzyło.
— Wodę sodową z cytryną. Podwójną — wymruczał, przygładzając kołnierz koszuli i wzdychając cicho. Gdy napitek przed nim wylądował, miał wrażenie, że musowanie bąbelków gazowanego napoju odbijało się echem w jego głowie.
Zasłonił twarz dłonią i westchnął bezsilnie. Musiał się doprowadzić trochę do porządku. Dwie kolejki wody, parę minut odpoczynku i może wróci do towarzystwa. Może. Istniała też szansa na to, że dopisze mu szczęście i to ktoś ciekawy przyjdzie do niego. Czemu tu nie ma Brenny?, pomyślał tępo, zerkając w stronę roztańczonego tłumu. Jak przez mgłę kojarzył, że go zaczepiła, kiedy akurat stawiał komuś kolejkę... Coś o wcześniejszym wyjściu i tym żeby był grzeczny? Może któraś z kuzynek przesadziła z alkoholem.
— Albo — powiedział do siebie, unosząc palec wskazujący na wysokość twarzy. — Albo mają do pracy na rano. To też możliwe.
Erik sięgnął po wysoką szklankę z napojem gazowanym i wziął parę łyków, rozkoszując się chłodem, który rozgościł się w jego gardle.
Noc była gorąca i parna, gościom to jednak zdawało się nie przeszkadzać. Bądź co bądź, mogli się cieszyć widokiem czystego rozgwieżdżonego nieba i delikatnym wietrzykiem, który otulał ich rozpalone twarze. Księżyc świecił jasno, rzucając srebrzystą poświatę na wynajęte przez Potterów miejsce na uroczystość.
Już na samym początku impreza podzieliła się na dwa odrębne obozy: młodych i... zaawansowanych wiekiem. Młodzi, w większości w wieku solenizantki aż po granice trzydziestu paru lat, zgromadzili się w głównym pawilonie, gdzie jeden z popularnych zespół grał skoczną muzykę. Z kolei starsi woleli spokojniejsze i chłodniejsze pawilony boczne, gdzie mogli się zrelaksować i porozmawiać. Grali w karty, czytali, plotkowali lub popijali wino przy zaklętych kominkach, w których tańczyły orzeźwiające chłodne płomienie. Przez uchylone rzędy okien obserwowali młodsze pokolenie z mieszaniną rozbawienia, zazdrości i pogardy, wspominając czasy własnej świetności.
~~*~~
Pra-ciotka wygląda, jakby zaczynała żałować całej kasy, jaką wydała na ten bankiet, pomyślał przelotnie Erik, opuszczając salon przeznaczony dla starszych gości, kołysząc się w rytm melodii z głównego pawilonu. Ostatnią godzinę spędził pośród dalekich kuzynów i kuzynek, godnie reprezentując ród Longbottomów... Starając się nie wylądować przy tym pod stołem lub w pobliskich krzakach zwracając zawartość żołądka. Musiał chwilę odpocząć, zanim zostanie uraczony następną kolejką wielobarwnych drinków. Dosyć szybko zdał sobie jednak sprawę, że starsi goście niezbyt mieli ochotę na jego towarzystwo. Nie miał nic innego wyjścia, jak wrócić do głównej sali.
A pomyśleć, że jeszcze parę tygodni wydawało mu się, że to właśnie Longbottomom przypadnie zaszczyt wyprawienia największego letniego przyjęcia. Dobrze, że ta wróżba się nie ziściła, bo Potterowie bez wątpienia mieli wygraną w kieszeni. Mieli też powód do świętowania – córka wkraczała w dorosłość – a przy tym dysponowali na tyle dużymi sumami, że nie musieli się przejmować kosztami wynajmu kompleksu. Teoretycznie rodzina Erika mogłaby też sypnąć groszem, tyle że ich przyjęcia w dużej mierze skupiały się na tym, żeby zebrać pieniądze na coś lub na kogoś, a nie tylko je wydać. Ach, ta działalność charytatywna.
Gdy tylko wrócił na salę „młodych”, momentalnie uderzył go zapach alkoholu, potu i jedzenia z wystawnego bufetu, który znajdował się pod jedną ze ścian. Goście tańczyli, pili, flirtowali i śmiali się, nie zważając na świat na zewnątrz. Wszyscy bawili się w najlepsze. Tej nocy świat zewnętrzny mógł równie dobrze nie istnieć; rzeczywistość zdawała się skurczyć do terenu parkowego kompleksu. Dolina Godryka, Londyn, Anglia... To wszystko traciło na ważność, na swój sposób rozpuszczając się w świetle unoszących się pod sufitem świeczek.
Erik przesuwał się wzdłuż bocznej ściany, starając się trzymać jak najdalej od parkietu. Podobno parę kobiet wcześniej go szukało z zamiarem zaproszenia go do tańca. Chciał za wszelką cenę tego uniknąć. Miał dziwne wrażenie, że wystarczy kilka piruetów i obrotów, a wzmianka o tym, że nie potrafi utrzymać zawartości żołądka na miejscu, będzie na ustach wszystkich. A są tu wszyscy, którzy się liczą, pomyślał przelotnie, uśmiechając się do jednego z kelnerów, który go minął.
Po wyjątkowo długim spacerze, Erik dotarł w końcu do baru. Ten był wyjątkowo opustoszały; przy ladzie siedziały dwie nastolatki sączące na spółkę Ognistą Whiskey i jeden półprzytomny facet bredził coś o czymś do barmana. Longbottom już chyba wolał siedzieć sam. Zaszył się na rogu baru, siadając na stołku obrotowym. Momentalnie zakręciło mu się w głowie, jednak gdy zaparł się rękami o blat, spojrzenie mu się wyostrzyło.
— Wodę sodową z cytryną. Podwójną — wymruczał, przygładzając kołnierz koszuli i wzdychając cicho. Gdy napitek przed nim wylądował, miał wrażenie, że musowanie bąbelków gazowanego napoju odbijało się echem w jego głowie.
Zasłonił twarz dłonią i westchnął bezsilnie. Musiał się doprowadzić trochę do porządku. Dwie kolejki wody, parę minut odpoczynku i może wróci do towarzystwa. Może. Istniała też szansa na to, że dopisze mu szczęście i to ktoś ciekawy przyjdzie do niego. Czemu tu nie ma Brenny?, pomyślał tępo, zerkając w stronę roztańczonego tłumu. Jak przez mgłę kojarzył, że go zaczepiła, kiedy akurat stawiał komuś kolejkę... Coś o wcześniejszym wyjściu i tym żeby był grzeczny? Może któraś z kuzynek przesadziła z alkoholem.
— Albo — powiedział do siebie, unosząc palec wskazujący na wysokość twarzy. — Albo mają do pracy na rano. To też możliwe.
Erik sięgnął po wysoką szklankę z napojem gazowanym i wziął parę łyków, rozkoszując się chłodem, który rozgościł się w jego gardle.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞