Tak, płacz oczyszczał z toksyn. Niestety oczyszczał również ze wszystkich sił, jakie zbierałeś, jeśli kończył się na byciu "tylko płaczem". Nie zmieniła się twoja rzeczywistość i mogłeś tak płakać w kółko i w kółko, ciągle nad tym samym. Ciągle lejąc te magiczne łzy z oczyszczającą solą. To romantyczne, kiedy pomyślisz, że łzy i morze łączył jeden element. Niestety romantyzm rzadko bywał elementem pocieszenia. Częściej był elementem przygnębienia. Był niepoprawny tak samo jak Victoria, dlatego był ostatnią osobą do oceniania tego, w co się pakowała i w co inwestowała swoje emocje. Byłoby prościej, gdyby mogli się w sobie zakochać i po prostu tak trwać. Teraz pryz zerwanych zaręczynach nie byłoby raczej problemu żeby załatwić małżeństwo. Ale nie. Nie mogli. I, o zgrozo, unieszczęśliwiliby się.
Nie musiała mu tych rzeczy mówić i ubierać w słowa, żeby wiedział. Żeby widział. Słyszał. Bardzo się zmieniła, najwyraźniej zdawała sobie z tego sprawę. To dobrze. Tak długo, jak długo prowadziło ją to na prostą i nie tworzyło wybojów, które dociskały do podłogi podeszwą buta. Bo niestety zmiany tego typu nie zawsze wychodziły na plus. Bunt buntem, ale chłód i pustka, jaką można potem doświadczyć od strony rodziny, kiedy to, co robisz, nie przynosi efektu pożądanego i rozczarowanie, jakie za tym przychodzi wyciskały kolejne łzy. To były ostatnie krople wody z ciała. Człowiek stawał się wyschniętym warzywem stanowiącym wynik zawodu sobą, rodziną, w końcu całym życiem. No bo co właściwie złego zrobiłeś, żeby zasłużyć na takich los? Czemu nie było lepsze, dlaczego nie dostałeś błogosławieństwa? Pan Bozia milczał w ogródku. Milczał też kiedy do siebie mówili nie spoglądając nawet na siebie wzajemnie. Bo Laurent nie musiał na nią patrzeć w tym momencie. To, że wampir nie był partnerem dla niej - to się przez ten fakt nie zmieniało. Na prostej, biologicznej płaszczyźnie. Ale to nie było teraz istotne. Małżeństwo z wampirem to jedno. Relacje z nim jeszcze coś innego. Tym nie mniej jak było już powiedziane - serce nie sługa. Można je temperować, kontrolować do stopnia, w którym robił to on. Ale zdawał sobie sprawę z tego, że on był w tym mistrzem. Przecież manipulował tym swoim serduszkiem chyba od zawsze.
- Ma już swoje lata. Chyba chciałaby się doczekać wnuków. - Uśmiechnął się lekko, ale tak, to prawda - bardzo wyszukany prezent. - Powinny. Jaką szkoda, że nie są. - Dobierał niemal zawsze uważnie słowa. Chociaż czasem wydawało mu się, że są idealnie pasujące, a okazywało się, że gorzej wybrać nie mógł. Nie ma ludzi nieomylnych.
- Nie muszą mi tego mówić. To moje słowa. - Chociaż tak, rzeczywiście coś podobnego usłyszał ostatnio od Ayadyi, ale to nie miało znaczenia. Nie dla tej myśli. A może miało? Nie tak łatwo uciec z drzewa rodowego, a wykreślenie z niego to nie była po prostu wolność. To była odpowiedzialność za to, co robisz reputacji rodziny. To, co robisz samemu sobie. Ostracyzm społeczeństwa był straszny. Nagle okazywało się, że nie ma już tyłu znajomości, że ludzie zamykają przed tobą drzwi, że nie chcą robić z tobą interesów. Nie musiała mu jednak tłumaczyć jak to było po drugiej stronie. Widział i czuł to nie raz. - Czy nasi rodzice też nie mają tylko jednego życia? - Czy można się po prostu odciąć i potem nie żałować? Nie wiedział. On by nie potrafił, nie tak zupełnie. Spoglądał w jej ciemne oczy.
- Bo moje serce ucieka tylko do mężczyzn, Victorio.