"Alex, to jebnie..." Mówiłem, ładując pudło pełne wielokolorowych boa na pakę magicznego wozu. Pakowaliśmy się już ponad dobę, ale wciąż ktoś znajdował coś co nie było dopakowane, nie zostało dobrze zabezpieczone, albo znalazło się w zupełnie innej przyczepie. Przeprowadzka cyrku Bellów zawsze była dla mnie show samym w sobie, tylko o tysiąc procent bardziej chaotycznym niż jakiekolwiek z naszych występów. Połowa osób biegała jak kurczaki z uciętymi głowami, Jim odprawiał jakieś rytuały, egzorcyzmy czy modlitwy nad leżącym pod składanymi ławkami Flynnem, lwy Fiery wyglądały jakby były gotowe pożreć pierwszą lepszą osobę, przechodzącą wystarczająco blisko ich klatki i nikt nie wiedział gdzie co jest, ani kto jest odpowiedzialny za co. Jakim cudem nie zostawialiśmy za sobą całego szlaku pogubionych spinek, części od kostiumów, resztek popcornu - nie byłem w stanie pojąć. Jakimś cudem (poza tym jednym razem, kiedy nikt nie mógł znaleźć Atheny i po pół godziny drogi okazało się, że ktoś zamknął ją w klatce z jej własnymi ptakami kiedy przyjęła formę wróbla) udawało nam się też mieć nienaganny headcount.
Tym razem mieliśmy jednak wjechać do Londynu, stolicy Imperium Brytyjskiego, w biały dzień bez żadnego planu poza oznaczoną magicznie lokalizacją miejsca w które mieliśmy trafić. Nienawidziłem być "tym odpowiedzialnym", ale chyba tylko ktoś zupełnie obłąkany (albo czarodziej, nie rozumiejący mugoli) porwałby się na wjechanie kilkunastoma wozami cyrkowymi do centrum Londynu w godzinach szczytu. Mimo to, jakiekolwiek moje obiekcje zostały uciszone protekcjonalnym "...to się ogarnie.", mocno implikującym użycie magii w bliżej niezdefiniowanych ilościach. Moje kłótnie nie miały więc sensu i kiedy w końcu ruszyliśmy, miałem już nastawienie, że to może być całkiem ciekawa przygoda.
Siedziałem w głównym wozie z Alexem, głównie dlatego, że potrafiłem używać mugolskich map z równą łatwością jak oni tych magicznych i znałem - przynajmniej z grubsza - zasady ruchu drogowego. Poprzedniej nocy trochę zabalowałem, żegnając z czułością Little Hangleton a raczej dwie dziewczyny, które przychodziły niemal na każdy mój występ. Były piękne i tak ulotne, jak resztki wiosennej rześkości, które ustąpiły już miejsca letniemu skwarowi. Zawsze bawiła mnie brytyjska pogoda. Przez 9 miesięcy w roku, pogoda oscylowała między 15 a 15 stopni, w grudniu łaskawie spadała czasem do zera a w lipcu i sierpniu wybijała na prawie 30, sprawiając że noszenie czegokolwiek poza kwiecistymi koszulami z krótkim rękawkiem i głęboko wyciętym dekoltem, sparowanymi z krótkimi szortami, stawało się nieznośne.
Przysypiałem lekko, ciesząc się że wnętrze szoferki zostało przez Overseera zaczarowane, aby panował w nim przyjemny chłód. Nasz wóz przewoził ogromny materiał namiotu i jego stelaż, pozostałymi wozami kierowali inni i większość jechała do celu swoimi drogami. Trudno, jeśli mają się podubić to niech to robią beze mnie. Miałem nadzieję uciąć sobie jeszcze drzemkę, zanim reszta dotrze na miejsce.
Krzyknąłem, kiedy wozem trzasnęło, huknęło i poleciałem prosto na szybę, nabijając sobie potężnego siniaka na głowie. Może zresztą też krwawiłem, bo poczułem na czole coś mokrego?
- Co do kurwy nędzy?! - krzyknąłem, z bólu, ale też zdziwienia. Czy świat stanął na głowie? Przecież mieliśmy się zatrzymać dopiero za pół godziny! Jechaliśmy prostą drogą, co do cholery...?! Kiedy otworzyłem oczy i jako tako wykaraskałem się z wozu, powitały mnie kłęby pary i widok, który zajął dobre kilka sekund, żeby dotarł do mnie co przedstawia. Ogromny, dwu... Nie, trzypiętrowy autobus londyński leżał sobie w najlepsze na boku, jak gdyby postanowił uciąć sobie drzemkę na samym środku drogi. Kierowca siedział bezradnie na ziemi, chyba wyleciał przez szybę, bo ta miała w sobie dziurę mniej więcej wielkości człowieka. Murgałem niepewnie, przecierając stróżkę krwi która jednak ciurkała sobie z mojego czoła i próbowałem ogarnąć co się właśnie wydarzyło, podczas gdy Alexander i inni zajęli się gaszeniem płonącego kierowcy.