14.12.2023, 07:07 ✶
Atreus chyba nie był w sumie świadomy tego, jak wielką niechęcią taka wila mogła być obdarzana przez przedstawicielki płci chętnej pięknej. Dla niego wszystkie baby były trochę takie same, a przynajmniej te, które mógł oglądać najczęściej i które z zasady uwielbiały ziemię po której stąpali przystojni, popularni i wysportowani chłopcy. Zazdrosne. Czasem wręcz aż do bólu i zawiści, obrabiające sobie dupy przez własne kompleksy i z nadzieją, że to im da chociaż odrobinę radości w życiu. Był na tyle światły, by nie była to pierwsza myśl, jaka pojawiała mu się w głowie gdy widział kliki dziewczyn, ale też nie stała na końcu kolejki.
W jego głowie tkwiło też takie przekonanie, że takie wile to musiały mieć adoratorów na pęczki, więc tak samo jak i jej schlebiało jego zainteresowanie, on był w siódmym niebie, że Lorraine w ogóle jakkolwiek na nie odpowiadała. Nie przywykł w sumie do tego, że dziewczyny mu odmawiały, ale zawsze kiedy próbował z nimi flirtować, gdzieś na dnie żołądka osiadała trema, która gotowa była wszystko doszczętnie popsuć.
Bulstrode uśmiechnął się do niej lekko, w standardowym dla siebie stylu, czyli niezwykle szelmowsko. Dziewczyny przychodziły i odchodziły, a na całe szczęście dla niej tak się składało, że aktualnie żadna oprócz niej nie znajdowała się przy jego boku. I dosłownie i metaforycznie.
- Zapewniam cię, nie jestem z tych, którzy tak bezczelnie kogoś podrywają, mając dziewczynę - odparł, z podobną do niej manierą ukrytą w głosie, czy to ją nieco podpuszczając, czy też zwyczajnie zapewniając. Mógł uchodzić już teraz za tego czarującego chłopaczka, który nic nie robił, tylko uganiał się za dziewczynami, ale prawda była taka że starał się(!) zachowywać umiar, kiedy faktycznie z którąś chodził. Mimo rozbujałego ego i tego, że schlebiała mu nadmierna uwaga, nie był aż takim osłem i gnojem, żeby bezdusznie łamać młode serduszka.
Prawda też była taka, że absolutnie nie pamiętał imienia tej ślizgonki, którą jeszcze parę dni temu podrywał. Ale ona przecież nie była Lorraine i to się absolutnie nie liczyło!
- Proszę cię - machnął ręką lekceważąco na jej wątpliwości. - Antoni akurat nie jest osobą, która w takich rzeczach przeszkadza - wybacz mi Antoś. Ale teraz Atreus musiał pokazać się w jak najlepszym świetle. Jako ten nieustraszony, który wcale nie czuł się zagrożony obecnością przyjaciela, ani też nie był kolesiem, który nie poświęcałby swojej dziewczynie chociaż grama uwagi w obecności kolegów. Nawet się trochę przy tym zapewnieniu wyprostował, jakby to miało mu w czymkolwiek teraz pomóc. - Jak zrobimy to w odpowiednim miejscu, to nieco zajmie mu wrócenie na brzeg - zapewnił ją, niczym znawca pierwszej klasy, który w tym akurat temacie był niebywale wręcz zaznajomiony. Ale prawda była taka, że jeśli ktoś nie był zbyt zaślepiony jego czarującą osobą, to był świadomy czego czasem dopuszczał się z kolegami. Badanie stromizny brzegu jeziora przy pomocy kujonów należało do jednych z wielu rozrywek.
Nie było też po nim widać, żeby to wspomnienie o kwiatkach jakkolwiek na niego wpłynęło. Zwyczajnie uśmiechnął się na koniec do niej, bo no kurczę, nie ona pierwsza go o kwiatki prosiła i nie pierwsza miała takowe dostać. Nawet już udało mu się dowiedzieć, że te zbierane własnoręcznie na niektórych pannach robiły większe wrażenie, niż zamówiony, profesjonalnie sklecony bukiet.
- Oczywiście, że tak - uśmiechnął się do niej zadziornie. - Przecież w tym cała zabawa, prawda? We własnoręcznym uchylaniu rąbka tajemnicy - i te słowa wybrzmiały naprawdę pewnie, jakby wkradła się w nie nadmierna szczerość i przekonanie, a flirciarski Bulstrode, który chciał zrobić na niej tylko dobre wrażenie, gdzieś nagle zniknął. Ale akurat odkrywanie zagadek to chyba miał we krwi, bo przecież od najmłodszych lat jego rodzina uczyła go jak je rozwiązywać. Był dociekliwy i odkrywanie niewiadomych było dla niego formą zdobywania. Matka natomiast nauczyła go, by nigdy nie pokazywać kart, które miało się na ręce, więc nawet jeśli absolutnie nie wiedział co się dzieje lub co zrobić, całkiem sprawnie blefował.
- Nie martw się, daleko mi do tego - bo przecież nie chciał sobie popsuć u niej szans, przez jakieś tam pochopne wyciąganie wniosków. - Zapytam jej, czy mogę policzyć jej piegi, to zawsze działa. Nie wiedzieć czemu, strasznie się denerwuje, kiedy ktoś o nich wspomni - wzruszył ramionami, nawet niekoniecznie rozbawiony. Jakby za dużo razy już to sprawdzał i przechodził.
- Czasem im dłużej wyczekana, tym słodsza nagroda - uśmiechnął się do niej tajemniczo i w sumie to trudno było odgadnąć czy bardziej mówił teraz o sobie, czy może o niej, jawnie podpuszczając ją i prowokując. Kiedy poczuł jej dłoń, pochwycił ją chętnie, splatając z nią lekko palce, a w kąciki ust wkradł się zadowolony wyraz. Nie poprzestał jednak na zwykłym trzymaniu się za ręce, bo zaraz uniósł swoją, jakby chciał nią zakręcić, przekładając ramię nad jej głową, tylko po to, by kiedy znalazły się po drugiej stronie, opuścić ich złączone dłonie i chwyciwszy ją w talii, przysunąć ją nieco bardziej do siebie. To była jasna deklaracja, nawet nie dla niej, ale chyba dla wszystkich, którzy mogli ich na tej drodze przez korytarze i schody zobaczyć.
W jego głowie tkwiło też takie przekonanie, że takie wile to musiały mieć adoratorów na pęczki, więc tak samo jak i jej schlebiało jego zainteresowanie, on był w siódmym niebie, że Lorraine w ogóle jakkolwiek na nie odpowiadała. Nie przywykł w sumie do tego, że dziewczyny mu odmawiały, ale zawsze kiedy próbował z nimi flirtować, gdzieś na dnie żołądka osiadała trema, która gotowa była wszystko doszczętnie popsuć.
Bulstrode uśmiechnął się do niej lekko, w standardowym dla siebie stylu, czyli niezwykle szelmowsko. Dziewczyny przychodziły i odchodziły, a na całe szczęście dla niej tak się składało, że aktualnie żadna oprócz niej nie znajdowała się przy jego boku. I dosłownie i metaforycznie.
- Zapewniam cię, nie jestem z tych, którzy tak bezczelnie kogoś podrywają, mając dziewczynę - odparł, z podobną do niej manierą ukrytą w głosie, czy to ją nieco podpuszczając, czy też zwyczajnie zapewniając. Mógł uchodzić już teraz za tego czarującego chłopaczka, który nic nie robił, tylko uganiał się za dziewczynami, ale prawda była taka że starał się(!) zachowywać umiar, kiedy faktycznie z którąś chodził. Mimo rozbujałego ego i tego, że schlebiała mu nadmierna uwaga, nie był aż takim osłem i gnojem, żeby bezdusznie łamać młode serduszka.
Prawda też była taka, że absolutnie nie pamiętał imienia tej ślizgonki, którą jeszcze parę dni temu podrywał. Ale ona przecież nie była Lorraine i to się absolutnie nie liczyło!
- Proszę cię - machnął ręką lekceważąco na jej wątpliwości. - Antoni akurat nie jest osobą, która w takich rzeczach przeszkadza - wybacz mi Antoś. Ale teraz Atreus musiał pokazać się w jak najlepszym świetle. Jako ten nieustraszony, który wcale nie czuł się zagrożony obecnością przyjaciela, ani też nie był kolesiem, który nie poświęcałby swojej dziewczynie chociaż grama uwagi w obecności kolegów. Nawet się trochę przy tym zapewnieniu wyprostował, jakby to miało mu w czymkolwiek teraz pomóc. - Jak zrobimy to w odpowiednim miejscu, to nieco zajmie mu wrócenie na brzeg - zapewnił ją, niczym znawca pierwszej klasy, który w tym akurat temacie był niebywale wręcz zaznajomiony. Ale prawda była taka, że jeśli ktoś nie był zbyt zaślepiony jego czarującą osobą, to był świadomy czego czasem dopuszczał się z kolegami. Badanie stromizny brzegu jeziora przy pomocy kujonów należało do jednych z wielu rozrywek.
Nie było też po nim widać, żeby to wspomnienie o kwiatkach jakkolwiek na niego wpłynęło. Zwyczajnie uśmiechnął się na koniec do niej, bo no kurczę, nie ona pierwsza go o kwiatki prosiła i nie pierwsza miała takowe dostać. Nawet już udało mu się dowiedzieć, że te zbierane własnoręcznie na niektórych pannach robiły większe wrażenie, niż zamówiony, profesjonalnie sklecony bukiet.
- Oczywiście, że tak - uśmiechnął się do niej zadziornie. - Przecież w tym cała zabawa, prawda? We własnoręcznym uchylaniu rąbka tajemnicy - i te słowa wybrzmiały naprawdę pewnie, jakby wkradła się w nie nadmierna szczerość i przekonanie, a flirciarski Bulstrode, który chciał zrobić na niej tylko dobre wrażenie, gdzieś nagle zniknął. Ale akurat odkrywanie zagadek to chyba miał we krwi, bo przecież od najmłodszych lat jego rodzina uczyła go jak je rozwiązywać. Był dociekliwy i odkrywanie niewiadomych było dla niego formą zdobywania. Matka natomiast nauczyła go, by nigdy nie pokazywać kart, które miało się na ręce, więc nawet jeśli absolutnie nie wiedział co się dzieje lub co zrobić, całkiem sprawnie blefował.
- Nie martw się, daleko mi do tego - bo przecież nie chciał sobie popsuć u niej szans, przez jakieś tam pochopne wyciąganie wniosków. - Zapytam jej, czy mogę policzyć jej piegi, to zawsze działa. Nie wiedzieć czemu, strasznie się denerwuje, kiedy ktoś o nich wspomni - wzruszył ramionami, nawet niekoniecznie rozbawiony. Jakby za dużo razy już to sprawdzał i przechodził.
- Czasem im dłużej wyczekana, tym słodsza nagroda - uśmiechnął się do niej tajemniczo i w sumie to trudno było odgadnąć czy bardziej mówił teraz o sobie, czy może o niej, jawnie podpuszczając ją i prowokując. Kiedy poczuł jej dłoń, pochwycił ją chętnie, splatając z nią lekko palce, a w kąciki ust wkradł się zadowolony wyraz. Nie poprzestał jednak na zwykłym trzymaniu się za ręce, bo zaraz uniósł swoją, jakby chciał nią zakręcić, przekładając ramię nad jej głową, tylko po to, by kiedy znalazły się po drugiej stronie, opuścić ich złączone dłonie i chwyciwszy ją w talii, przysunąć ją nieco bardziej do siebie. To była jasna deklaracja, nawet nie dla niej, ale chyba dla wszystkich, którzy mogli ich na tej drodze przez korytarze i schody zobaczyć.