Przeklęta szekspirowska gra nie rozgrywała się na połach ich umysłów, wzierając do kości tak, jak tylko mróz umiał i puentując całokształt farsy w sposób urągliwy; stan odmiennej świadomości zaczęła osiągać na rozciągłości urywanych głosek gdy tylko swój początek znalazła w relacji z Dianą i Alexem – wówczas w pełni zrozumiała, czym jest ta kolektywna nietrzeźwość – nie musiała pić, nie musiała pudrować noska, aby spojrzawszy w jego oczy czuć się najebana bardziej niż on przez całe życie; może była to słabość do niego per se; w zasadzie na to stawiała, gdyż był jej ulubioną heroiną. Prawdopodobnie to całe mimetyczne istnienie, makiawelistyczna kantyczka, budziły dawno zabłąkany we wnętrzu szalony uśmiech; bełkotliwy głos Diany jedynie utrwalał ją dobitnie, iż znajduje się we właściwym miejscu.
Jeśli to to miało wytyczać szlak jej upadku, była w całej rozciągłości gotowa, aby rozbić się o londyński bruk.
Jej miłość nie znała początku i końca, jak uroboros, błądziła po omacku, a jej jedyną zapałką był Mulciber. Patetycznie przywiązana, jeszcze bardziej uzależniona – kochanie Alexandra było jak wzbieranie wody w płucach.
Wiedziała, jakie jej brat ma podejście do mężczyzny; gdyby w dodatku wiedział, iż jest jego żoną, najpewniej rozszarpałby go, a nią samą zostawił w milkliwej, urągającej ciszy na długość miesięcy. Loretta dbała więc pieczołowicie – lubiła myśleć, dla jego komfortu, nie swojego, lecz były to wierutne kłamstwa – aby nie dowiedział się, co walentynkową nocą, pod gęstwiną mroku upstrzoną gwiazdami, zaszło w tej przeklętej cygańskiej przyczepie. Loretta nie nosiła pierścionka, jednak zawsze miała go ze sobą, schowanego przed biurwami, które momentalnie wychwyciłyby błysk złotawej wstęgi na palcu.
Nie wstydziła się go; uważała go za swoją najdobitniejszą zdobycz. Cała ironia zawierała się w tym, że on ją traktował tak samo.
Cała afera wykwitła przecież wokół tych przeklętych obchodów Beltane; w gruncie rzeczy, Philip Nott wywoływał u niej aktualnie tylko torsje, a myśląc o przeszłości w jego ramionach miała istotnie ochotę się zrzygać.
Ciekawe, czy Louvain wolałby Philipa, czy Alexa?
Nie dane było jej roztrząsać tej kwestii, własnych, jak to Louvain nazywał złych wyborów – ją jednak przecież zawsze nęciło zakazane i niewłaściwe. Jako przykładna panna, musiała szczebiotać i być miękka wobec słów – agresywne podwiązki jednak znaczyły drogę podboju. Nie rozumiała przecież wielu rzeczy; wielu konwenansów i jeszcze więcej zobowiązań, które całunem nakładały się na jej kruche ramiona. Uniosła więc podbródek, spojrzenie lokując w osobie Alexa, aby po chwili unieść wysoko brwi.
– Zostaniesz, Alexandrze – odparowała na jego stwierdzenie, głosem tak stalowym, że nieznoszącym nieomal jakichkolwiek śladów sprzeciwu. – Och, doprawdy? W takim razie najwyraźniej muszę znaleźć innego amanta na dzisiejszą noc. Buziaczki – rzekła, wyswobadzając dłoń z pod jego ramienia.
Wiedziała przecież, że po tych słowach jego szczęka się zaciśnie, uwydatniając rysy twarzy; wiedziała, że ciśnie w nią piorunami zaklętymi na dnie błękitu tęczówek; wiedziała, że nie pozwoli jej odejść – w całej uzurpatorskiej grze jednak, udawała, że tego nie widzi i jedynie przywdziała miałki uśmiech na wargi.
Udawała, że nie widzi podchodów Diany do jej brata; było w tym coś nietypowego, gdyż przecież zawsze panny kręcące się wokół niego uważała na zbędne chwasty, które przecież należało wyrwać. Zamiast tego, rzuciła jeszcze jedno prowokujące spojrzenie w kierunku Alexa i gdy tylko zatrzymali się, rozogniony wzrok ulokowała w bliźniaku.
– Dzień dobry, Lou – rzekła ciepłym, rozmiękłym głosem.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it