Rozgorzał w niej ogrom, gargantuiczne wręcz sterty niezapisanych wspomnień, które zakończyły się powrotem do własnej skorupy; pasywne treści, w których zmiękła wydatnie i stała się tym, kim nigdy nie chciała być; posiadanie złamanego serca nie leżało w jej uwerturze, bo z zasady, nie zakochiwała się. Nie tętniła nigdy afekcją względem nikogo, zamknięta jak ta twierdza otoczona gęsto fosą – nieprzebrnięta i zamknięta we własnej alkowie niedostępności i odrzucania każdego, kto zechciał przykleić się do niej bliżej – nie wzdychała nad swoim losem, lubiła sobie nawet wmawiać, że przykro jej nie było – prawda była zgoła inna, a gdzieś pomiędzy jednym trupem a drugim, myślała o nim gorączkowo; tak jakby odpracowanie tego całego uczucia w myślach mogłoby uwolnić z jego oków; do tej pory, nadaremnie.
Była w absolucie bytowania przerażona sama sobą i tym, kim się stała – nigdy nie chciała być miałka i nijaka; zawsze grała w taki sposób, aby doprowadzić do szachu, a jej butna osobowość wycinała przesiekę, gładki pas startowy, który oferował bezmiar możliwości. Powróciła do tego, kim była u zarania – dalekiej od urągliwych uśmiechów, absolutnie wymijającą się z kulturą kobietą, zimną jak posąg marmurowy bardziej niż ognistą tancerką. Pewne rzeczy były nieodwołalne.
Możliwe, że dlatego jej bezsenność rozwinęła poły nad ciemnymi zakamarkami umysłu; laudanum nie pomagało, hazard nie odciągał myśli, a alkohol jedynie czynił w umyśle niespokojnie. Była absolutnie przerażona tym, do jakiej rangi urosło to wszystko – te słowa niewypowiedziane i chwile, które przemknęły masywem chmur nad jej głową. Wory pod oczami zaznaczyły się wydatniej, piwna toń oczu straciła iskry blasku, a sylwetka wychudła jeszcze bardziej.
Nie chciała go widzieć, a jednak dłużące się tygodnie bez jego nieobecności zastanawiały ją; przyjęła za pewnik teorię, jakoby nigdy nie posiadał do niej uczuć ponad krystaliczną przyjaźń; tak, jakby pocałunki ściągane z warg obietnicą nie znaczyły nic.
Drażniło ją to i bolało, chociaż nigdy nie przyznałaby tego o świetle dnia; dopiero gdy kładła się w miękkość kołdry, umysł dążył meandrami, które na co dzień pozostawały dla niej nieodkrytymi arkanami. Nie płakała, a jej mimika była stężała i nijaka – tak, jakby jej to nie obeszło; tak, jakby zaklęcie w tych przeklętych emocji były dla niej nieistotne. Nie mogła jednak zaprzeczyć, iż czynił jej w umyśle niespokojnie, niepokornie i niepoukładanie.
Klamka zwolna ustąpiła, a Lycoris, przekonana, iż jest to Cynthia, uniosła wzrok znad mikroskopu – już miała coś rzec na temat jednego z nieboszczków, gdy zorientowała się, że Flintówna nie jest dwumetrowym mężczyzną.
Nieprzejęta w żaden sposób, wzrok ponownie skupiła na oczku mikroskopu; wyglądała jakby po nocach rozmawiała z samą śmiercią – chuda, w kitlu, z niedbałym kokiem umiejscowionym na głowie, o wydatnych cieniach pod oczami i aurze demonicznej. Początkowo nie mówiła nic, ważąc słowa – ta sytuacja przecież rozgrywała się w jej głowie milionami szklanego szronu, po którym chodzenie sprawiało jedynie niewysłowiony ból. Lycoris miała w sobie coś z masochistki.
– Słyszałam, że blondynki dobrze całują – rzuciła ku niemu, krzywiąc się.
Daleka od kurtuazji, nie chciała przebierać w słowach; wiedziała jednak jedno – nie może na niego spojrzeć. Prawdopodobnie to to tak dalece gorało w jej wnętrzu, jakby nie potrafiła przełknąć bycia w tak bezprecedensowy sposób zdradzoną i zostawioną.
Po raz pierwszy od dawna przypomniała sobie, że Yaxley miał pstro w głowie.
– Weź te babeczki, zanim roztrzaskam ci je na twarzy. Nie żartuję, a ostrzegam w imię dawnej relacji – rzekła, wyraźny nacisk kładąc na przymiot „dawnej”.
Przyglądała się jeszcze przez moment szkiełku, aby po chwili podnieść się, zsunąć okulary na czubek głowy i wbić w niego spojrzenie, które zawierało w sobie niebotyczną silę dojmującego i niebezpiecznego zarazem.
– Nie chcę cię widzieć. Mam ci to przeliterować? Pokazać na wykresie? – sarknęła, krzyżując ręce na piersi.