15.12.2023, 09:41 ✶
- Nie mam pojęcia. Może ktoś ukrył w tych jaskiniach coś jeszcze i chce chronić tego? Może jakiś zielarz uznał, że to jego prywatne poletko? Albo szalony wielbiciel roślin, że nikt nie powinien ich ruszać... - mruknęła, chociaż nie wypowiedziała tego, co przyszło jej do głowy.
Może osoba, która dała jej znać, co tutaj znajdą, chciała wepchnąć Brennę w tę pułapkę.
Naprawdę miała cholerną nadzieję, że chodzi jednak o którąś z tych trzech możliwości, którymi podzieliła się z Norą.
- Ja się podciągnę, skarbie - powiedziała łagodnie, bo skarpa na całe szczęście miała tak może z metr siedemdziesiąt wzrostu. Brenna była w stanie więc na nią wleźć nawet bez magii, ale Nora po prostu miała zbyt niski wzrost. Ledwo sięgnęłaby do krawędzi, nie mówiąc już o włażeniu.
Chociaż panna Figg umiała być zdeterminowana, tutaj nie było takiej potrzeby. Kiedy tylko Nora znalazła wyżej, Brenna położyła swoją różdżkę, rozświetloną lumos, obok niej, a potem wspięła się w ślad za przyjaciółką tak szybko, jak tylko mogła. Obejrzała się jeszcze i wzdrygnęła, dostrzegając w półmroku wijące się diabelskie sidła.
Paskudztwo.
- W porządku, spróbujmy z transmutacją... Będzie trzeba się pośpieszyć, zanim znikną - stwierdziła, wyciągając różdżkę w stronę pochyłej skarpy przed nimi. Ledwo udało się jej "wyrzeźbić" w niej coś na kształt stromych schodów, chwyciła Norę za dłoń, by upewnić się, że ta się przypadkiem nie potknie – i ruszyła w górę.
Gdy się wydostały, Brenna poruszała się… jeszcze ostrożniej. Podejrzliwość zakorzeniła się w niej już na dobre po tej pierwszej pułapce, kiedy więc przemieszczały się dalej, w dół, ku głównej komorze jaskiń, gdzie miały płonąć krzewy, co rusz rzucała zaklęcie rozpraszające albo podnosiła jakiś kamień i rzucała do przodu, by potoczył się po podłożu – i by upewnić się, że to jest stabilne. Że nie ma tu żadnych dziur i żadnych pułapek.
Zagrożenie przyszło jednak z zupełnie innej strony niż podłoże.
Kiedy dotarły do wejścia do groty, tonącej w mroku – gdzieś w pobliżu słyszały szum podziemnego wodospadu - w bladym świetle lumos dało się dostrzec, że coś porusza się przy suficie. Brenna dostrzegła ten ruch i poderwała głowę, ale osobą, która mogła od razu rozpoznać, z czym mają do czynienia, była Nora. Nie po wyglądzie – w półmroku nie dało się ich zobaczyć dokładnie – ale po charakterystycznym brzęczeniu, jakie zaczęły wydawać.
Bahanki, „kąsające elfy”. Niewielkie stworzona o wyłupiastych oczach, porośnięte czarnymi włosami, o grubych, zaokrąglonych i błyszczących skrzydłach. Lubiły chłód – i może stąd zagnieździły się tutaj.
Zwykle radzenie sobie z nimi nie było bardzo groźne. Odpowiedni środek pryskający – tak zwany bahanocyd – albo kilka zaklęć… Tyle że… nie miały przy sobie bahanocydu i pozostawały im czary.
A Nora wiedziała, że bahanki… cóż, gryzą.
I są bardzo jadowite.
Może osoba, która dała jej znać, co tutaj znajdą, chciała wepchnąć Brennę w tę pułapkę.
Naprawdę miała cholerną nadzieję, że chodzi jednak o którąś z tych trzech możliwości, którymi podzieliła się z Norą.
- Ja się podciągnę, skarbie - powiedziała łagodnie, bo skarpa na całe szczęście miała tak może z metr siedemdziesiąt wzrostu. Brenna była w stanie więc na nią wleźć nawet bez magii, ale Nora po prostu miała zbyt niski wzrost. Ledwo sięgnęłaby do krawędzi, nie mówiąc już o włażeniu.
Chociaż panna Figg umiała być zdeterminowana, tutaj nie było takiej potrzeby. Kiedy tylko Nora znalazła wyżej, Brenna położyła swoją różdżkę, rozświetloną lumos, obok niej, a potem wspięła się w ślad za przyjaciółką tak szybko, jak tylko mogła. Obejrzała się jeszcze i wzdrygnęła, dostrzegając w półmroku wijące się diabelskie sidła.
Paskudztwo.
- W porządku, spróbujmy z transmutacją... Będzie trzeba się pośpieszyć, zanim znikną - stwierdziła, wyciągając różdżkę w stronę pochyłej skarpy przed nimi. Ledwo udało się jej "wyrzeźbić" w niej coś na kształt stromych schodów, chwyciła Norę za dłoń, by upewnić się, że ta się przypadkiem nie potknie – i ruszyła w górę.
Gdy się wydostały, Brenna poruszała się… jeszcze ostrożniej. Podejrzliwość zakorzeniła się w niej już na dobre po tej pierwszej pułapce, kiedy więc przemieszczały się dalej, w dół, ku głównej komorze jaskiń, gdzie miały płonąć krzewy, co rusz rzucała zaklęcie rozpraszające albo podnosiła jakiś kamień i rzucała do przodu, by potoczył się po podłożu – i by upewnić się, że to jest stabilne. Że nie ma tu żadnych dziur i żadnych pułapek.
Zagrożenie przyszło jednak z zupełnie innej strony niż podłoże.
Kiedy dotarły do wejścia do groty, tonącej w mroku – gdzieś w pobliżu słyszały szum podziemnego wodospadu - w bladym świetle lumos dało się dostrzec, że coś porusza się przy suficie. Brenna dostrzegła ten ruch i poderwała głowę, ale osobą, która mogła od razu rozpoznać, z czym mają do czynienia, była Nora. Nie po wyglądzie – w półmroku nie dało się ich zobaczyć dokładnie – ale po charakterystycznym brzęczeniu, jakie zaczęły wydawać.
Bahanki, „kąsające elfy”. Niewielkie stworzona o wyłupiastych oczach, porośnięte czarnymi włosami, o grubych, zaokrąglonych i błyszczących skrzydłach. Lubiły chłód – i może stąd zagnieździły się tutaj.
Zwykle radzenie sobie z nimi nie było bardzo groźne. Odpowiedni środek pryskający – tak zwany bahanocyd – albo kilka zaklęć… Tyle że… nie miały przy sobie bahanocydu i pozostawały im czary.
A Nora wiedziała, że bahanki… cóż, gryzą.
I są bardzo jadowite.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.