Chciałby potrafić inaczej.
Chciałby – szczególnie teraz, w tym szczególnym dniu – schować dumę i zazdrość do kieszeni, zapomnieć o tym chorobliwym pragnieniu, by trzymać tą kobietę tylko przy sobie. Gdyby to zależało od niego, Deborah pozostałaby w domu, wychowując ich syna i czekając na kolejne dzieci; była to myśl, której nigdy by jej nie powiedział. Z jednej strony cenił niezależność żony, jej silną wolę i ambicję, a z drugiej – momentami pragnął tego, co zyskał jego własny ojciec. Spokoju i stabilizacji, jawnego podziału ról w małżeństwie. I nawet fakt, że gardził sobą za te myśli, nie pozwolił zupełnie się ich wyzbyć.
Gniew buzował gdzieś pod skórą i przyćmił zupełnie rozluźnienie i uczucie miłości sprzed chwili. Teraz oczywiście zwrócił uwagę nawet na to, że jego słowa zostały zwyczajnie pominięte, chociaż Deborah nie należała do kobiet z sercem na dłoni. To on był tym, który nocą przytulał ją mocno do siebie; tym, który potrafił mówić piękne i romantyczne rzeczy, byleby poczuła się wyjątkowa i kochana. Dzisiaj nie odwzajemniła tego, i w dodatku dostała te pierdolone kwiaty bez żadnej notki – a to wzbudziło podejrzliwość. Elijah wiedział, że zazdrość stanowiła jeden z największych – o ile nie faktycznie największy – z jego problemów, bo nie potrafił tego uczucia kontrolować. Teraz nawet nie chciał, bo nie wyobrażał sobie, by mogli wrócić do słodyczy sprzed ledwie kilku minut.
Zaciśnięte zęby zgrzytnęły niemiło o siebie, dłonie odruchowo zacisnęły się w pięści; gdy Deborah wstała, sam Burke pozostał kompletnie nieruchomy. Z pozorną obojętnością przesunął spojrzeniem po nagim, ponętnym ciele żony, po którym spływały krople wody i piany; zachował jednak lodowaty dystans, chociaż ciało wręcz krzyczało, by wziąć to, co jego. Widział, jak zmienił się wyraz oczu kobiety, jak musiało dotknąć ją jego zachowanie – mimo to pozostał nieugięty.
Być może powinien odpuścić, ale wtedy nie nazywałby się Burke.
Obserwował ją, wychwytując każdy gest i każde słowo, przesycone jadem i wycelowane precyzyjnie po to, by go zranić. Elijah z trudem zdusił w sobie impuls, by wyrwać te pierdolone kwiaty z jej rąk i cisnąć je ponownie na ziemię.
Zamiast tego po prostu się uśmiechnął.
Inaczej niż zawsze; oschle, zimno, niemal okrutnie, nie odrywając spojrzenia od małego show, które Deborah z taką chęcią prezentowała. Miał wrażenie, że te kłótnie stanowiły siłę napędową ich małżeństwa, wydzierając ich z ram rutyny; jego żona szczególnie upodobała sobie ten właśnie sposób, by doprowadzać go do szaleństwa i puszczać wodze zazdrości, której nie potrafił kontrolować.
- Perseus – powtórzył jak echo imię kuzyna, lekko kręcąc przy tym głową. – Owszem, kuzyn. Ten sam, którego z taką ochotą zdradziłaś od razu po ukończeniu Hogwartu. Być może wybór iście cmentarnych kwiatów z jego strony nie był przypadkiem? Zawsze był pomysłowy. – lekkim gestem dotknął główki jednego z naprawionych przez panią Burke kwiatów; palce zacisnęły się, miażdżąc delikatną chryzantemę.
- Nie istnieje rzeczywistość, w której wybrałby ciebie ponad Eunice.
To miało być zwyczajnie złośliwe, zwyczajnie bolesne; nawet, jeśli zupełnie pozbawione przecież znaczenia.
Podchwycił spojrzenie jej oczu, teraz zupełnie lodowatych, prowokujących. Elijah uśmiechnął się – powoli, niemal leniwie, ostrzegawczo. A potem bez cienia zawahania (ostrzeżenia?) chwycił Deborah za szyję i pchnął ją na ścianę łazienki, przyciskając do chłodnych kafelków.
- Jak tak bardzo ci się podobają, postaw je przy łóżku – szepnął cicho, zwiększając nacisk na drobną krtań. – Będziesz mogła zachwycać się dalej, kiedy będę cię pieprzył.
Nie chciał dłużej być miły, nie chciał już okazywać uczuć; żona wprawnie zabiła w nim wszelką przyzwoitość tego wieczoru. Teraz po prostu musiał zachować się jak mężczyzna, posiąść ją tak, jak najbardziej lubiła; przypomnieć dobitnie, dlaczego nosiła jego nazwisko, a nie jakiegoś innego typa.
Nikt nie doprowadzał go do szału bardziej, niż ona; nawet we własne urodziny nie potrafiła się powstrzymać.