adnotacja moderatora
Sesja rozliczona przez Camille Delacour - Piszę, więc jestem
5.01.1972
Szpital Św. Munga
Szpital Św. Munga
To był ostatni dzień Tristana w Mungu. Trauma, której doznał, mocno odbiła się na jego psychice - uzdrowiciele zadecydowali, że w takiej sytuacji nie może być mowy o wypuszczeniu aurora wcześniej niż po upływie kilku tygodni. Nie dlatego, że fizycznie nie doszedł do siebie, bo rany zadane przez napastników zaleczyły się szybko. Wszystkie prócz jednej: głosu. Głos... Ten głos, utrata mowy, był zagadkowy. Nikt nie wiedział, co się stało, a i Tristan nie potrafił tego logicznie wytłumaczyć. Próbowano przełamania klątwy, odprawienia rytuału, leczenia farmakologicznego, lecz Ward nadal nie potrafił mówić. Nie wydobywał z siebie żadnych dźwięków, jakby nie chciał tego robić. Ale tak naprawdę czuł, że nie mógł. Coś mu nie pozwalało.
Jego przypadek był poważny na wielu różnych płaszczyznach. Po pierwsze: był aurorem, pracownikiem Ministerstwa. Uzdrowiciele zajęli się nim lepiej, niż wieloma innymi pacjentami. Po drugie: doznał takiej traumy, że nawet serce z kamienia zostałoby skruszone, i absolutnie każdy chciał mu pomóc. Tylko nikt nie potrafił. Zrobili wszystko co mogli, ale problem mógł leżeć zarówno w fizycznych ranach, jak i w czarnej magii, oplatającej jego struny głosowe. Mogła to być też psychika. W jeden miesiąc nie da się stwierdzić, co dokładnie mu było: takie przypadki leczyło się długimi miesiącami, jeśli nie latami. Tak przynajmniej zakładano, bo do tej pory nikt się z czymś takim nie spotkał osobiście. Owszem, dokumenty mówiły o podobnych sytuacjach, ale właśnie - podobnych. Tutaj trzeba było działać na wielu poziomach, a szpital Św. Munga nie miał takich zasobów. I nawet to, że Ward był aurorem, nie było w stanie zmienić tego stanu rzeczy. Pozostawiono go więc na oddziale, na którym leczono urazy pozaklęciowe i zajmowano się klątwami. Dostał przykaz, by skontaktować się z magiterapeutą - dostał kilka wizytówek. Naprawdę robili, co mogli, żeby mu pomóc, ale czasem niektórym nie dało się pomóc.
- Panie Ward? - miękki głos popłynął od strony drzwi, w których stanęła kobieta. Jedna z tych, które zajmowały się jego przypadkiem. Niewysoka blondynka o niebieskich oczach, która stała niejednokrotnie przy jego łóżku z podkładką, notując spostrzeżenia starszych kolegów. Nie odzywała się zbyt często - bardziej analizowała to, co mówili inni uzdrowiciele, czasem wtrącając się do rozmowy, żeby wrócili do meritum. Tylko nie potrafili tego meritum złapać. To ją drażniło, chociaż starała się tego nie pokazywać. To ona próbowała jako pierwsza przełamać klątwę. Jak łatwo szło się domyślić: nie dało to efektu. Kolejne, przy pomocy innych uzdrowicieli, także. - Pański wypis jest gotowy.
Podeszła do łóżka, ściskając w dłoniach drewnianą podstawkę, na której spoczywało kilka spiętych ze sobą kartek. Wszystkie były zapełnione ciasnymi literami. To nie był zwykły przypadek, więc i wypisanie Tristana ze szpitala nie należało do najprostszych rzeczy.
- Potrzebujemy tylko podpisu - Tristan był fizycznie zdrowy, co ją okropnie drażniło, bo przecież coś mu dolegało. Na wiele chorób nie było lekarstwa, ale to, co się stało, nie było chorobą. Było wypadkiem, magicznym wypadkiem, urazem który odcisnął na mężczyźnie piętno. Piętno, które powinno dać się zmazać. Delacour jednak nie potrafiła w tak krótkim czasie dociec, co się stało z głosem Tristana, co drażniło ją jeszcze bardziej niż to, że Ward chciał wyjść ze szpitala. Nie miała prawa go zatrzymywać, ale już mu kilkukrotnie wspominała, że to nierozsądne posunięcie. - Zanim jednak pan podpisze - możemy porozmawiać?
Opuściła podkładkę i spojrzała na mężczyznę uważnie. Mógł przeczuwać, że znowu będzie się powtarzać jak zdarta płyta. Że powinien zostać, że mu w końcu pomogą. Camille przymknęła drzwi, nie zamykając ich jednak na klamkę. To było u niej typowe zachowanie: pytała, czy coś może, ale nie czekała na odpowiedź, tylko parła do przodu, robiąc to, co uważała za słuszne.