Od dnia tragedii, kiedy Tristan trafił do świętego Munga, nie odezwał się ani razu. Pozwolił opatrzyć swoje rany, przebrać w odzież szpitalną i pozostać na obserwacji. Nie miał gdzie iść, skoro z jego domu, została większość gruzu. Jako Auror, otrzymał zdecydowanie bardzo dobrą opiekę i specjalistyczne leczenie. Niektórzy jednak uzdrowiciele, bywali może trochę niezbyt przyjemni, mając pod swoją opieką szlamę. Młody Ward tak to rozumiał. Skoro każdego dnia, tygodnia, pojawiał inny uzdrowiciel. Ordynator czy specjalista. Odkąd przy badaniach, przyznał się, go braku wypowiedzenia czegokolwiek z użyciem głosu, zainteresowali się bardziej tym przypadkiem. Ich bezradność nie pomagała mu. Mimo zapewnień, głosu nie odzyskał.
Wiedział, że medycyna mugoli go z tego nie wyleczy. To była klątwa, użyta jakaś czarna magia. Nie potrafił nawet przypomnieć sobie słów zaklęcia. Brzmiały dla niego obco. Powrotu wspomnień, także nie chciał. Były bolesne. Zbyt, bolesne.
Z taką sytuacją, nie pozostał sam. Dostał jedynie przepustkę na możliwość pochowania rodziców. Sprawami pochówku zajął się jeden z jego bliższych kolegów, przyjaciel. Tristan chciał, aby mimo skremowania, zostali pochowani na cmentarzu. Nie było trumien. Były urny. Było to jeszcze przed świętami. Towarzyszył mu cały czas uzdrowiciel, pilnując przy tym, aby po uroczystości, wrócił do szpitala.
Ubrania pożyczone miał od kolegi z pracy, który miał podobne rozmiary co Tristan. Kiedyś odwdzięczy się wszystkim za pomoc. Doceniał to, choć w tej chwili, nie zostawili go samego. Lecz i tak, czuł pustkę.
Święta przeleżał w szpitalu. Nie skorzystał z propozycji kolegów i koleżanek, aby dołączyć do ich rodzin. Potrzebował spokoju, izolacji, samotności. Fizycznie dochodził do siebie. Rany się goiły, lecz blizny pozostawały. Magia mogła zdziałać cuda, aby usunąć. Być może to on nie chciał. Chcąc, aby leczyły się naturalnie. Zostawiły ślad piętna swojej porażki. Że walczył, ale przegrał. Nie ocalił życia najbliższych mu osób, które dały mu życie. Popełnił błąd, zostając czarodziejem? Aurorem? Że w ogóle poszedł do Hogwartu? Psychicznie było jednak źle. Wciąż się obwiniał, zamknął w sobie, odpływał myślami, nawet mógł przejawiać skłonności samobójcze.
Nie spał wiele nocy. Bez eliksirów uspokajających i nasennych, nie mógł normalnie funkcjonować w tym miejscu. Kiedy stwierdził, że ich badania nic nie przynoszą, podświadomie wiedząc, że to dość poważny problem i musiał pogodzić z tym, że głosu nigdy nie odzyska. Kto tu chce pomagać szlamie? Może to wszystko robili po to, aby mu jednak nie pomóc, ale pokazać, że coś robią?
Na początku stycznia, poprosił o wypisanie. Najwyżej zatrzyma się w Dziurawym Kotle, na czas znalezienia sobie czegoś. Do pracy nie chciał wracać i myślał, aby złożyć wypowiedzenie, pomimo bycia na zwolnieniu chorobowym. Musiał poszukać innej pracy. Tylko, kto go będzie chciał zatrudnić? Niemowę?
Jeden ze znajomych załatwił mu ubrania. Torba przez pewien czas leżała pod łóżkiem. Odnalezioną i zwróconą mu różdżkę trzymał pod poduszką. Wlał mieć zawsze pod ręką.
Tego dnia, czekając na wypis, ubrał się w ciepły sweter i spodnie. Obok leżał płaszcz i szali. Ścielił akurat łóżko. Był gotów, aby opuścić to miejsce. Nic mu już nie pomogą. Do kontaktu z osobami z nim rozmawiającymi, zostawiono notes i długopis, które spoczywały na szafce nocnej obok łóżka, jakie zajmował.
Usłyszawszy swoje nazwisko, spojrzał w kierunku uzdrowicielki. Przez cały ten pobyt w szpitalu, nie golił się. Zarost miał dość widoczny.
Wypis był gotowy. Miał tylko podpisać. Czekał na jego otrzymanie, lecz kobieta znów chciała z nim rozmawiać. Westchnął zrezygnowany. Jeżeli miała zamiar znów odtwarzać tę samą płytę co inni, miał dość. Czuł się jak królik doświadczalny. Ale jeżeli odmówi, czy da mu ten wypis, czy ma się wynieść po swojemu, poprzez teleportację?
Skinął głową w zgodzie, że wysłucha ją i usiadł na brzegu łóżka, czekając na to, o czym chciała z nim porozmawiać.