20.11.2022, 03:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.12.2022, 14:15 przez Eden Lestrange.)
Doskonale wiedziała, jak zgubne potrafią być skutki picia alkoholu w nadmiarze. Kiedy procenty uderzały do głowy Eden, rozwiązywał się jej język, lecz raczej nie w taki sposób, w jaki publiczność mogłaby się spodziewać. Nie zbierało się jej na nagłe czułości, nie wpadała w histerię, nie zataczała się i nie odbijała od ściany do ściany, chichocząc szaleńczo. Po prostu filtr, który nakładała na siebie z wyuczonej latami grzeczności i cierpliwości, opadał niczym kurtyna, po czym pani Lestrange mówiła wszystko, co przychodzi jej na myśl i leży na sercu. Nie zastanawiała się wtedy, co ktoś sobie o niej pomyśli, nie przejmowała się cudzą opinią na swój temat, a już przede wszystkim przestawało ją obchodzić, czy kogoś urazi. To ostatnie może się wydawać dziwne, w końcu Eden jest mistrzynią docinek i sarkastycznych komentarzy wypowiedzianych z fałszywym uśmiechem, ale ona naprawdę, naprawdę się przy tym kontroluje. Gdyby nie trzymała za wodze swojej lirycznej fantazji na temat niektórych osób, w Londynie zacząłby grasować seryjny samobójca.
- Oczywiście, że miałam na to wpływ - odparła błyskawicznie, potrząsając głową w irytacji. Przybliżyła się do twarzy męża, chcąc powiedzieć drugą część swojej myśli nieco ciszej. - Gdybym udusiła tego smarka własną pępowiną jeszcze w łonie naszej matki, oszczędziłabym sobie wielu zmartwień i sporej ilości wstydu - wysyczała przez zęby do ucha Williama, niepochlebnie wyrażając się o własnym bliźniaku. Ich obecna relacja była na zdecydowanie lepszym i bardziej cywilizowanym poziomie niż kiedykolwiek dotąd, nie zmieniało to jednak faktu, że pluła sobie w brodę przez tę klątwę i nadal miała ochotę uderzać głową Elliotta o ścianę tak długo, aż zacznie przypominać rozgotowane jabłko.
Licytacja dla Eden wydawała się zabawna; rzucane kwoty wydawały się bajońskie, ale na niej nie robiły aż takiego wrażenia. Fakt, że walka o Longbottoma urosła do rangi absurdu był dla niej wyśmienitą rozrywką, więc nie miała zamiaru wycofać się w przedbiegach. Słysząc kolejne podbicia własnej propozycji, również o głupie drobiazgi (prawie zakrztusiła się własną śliną słysząc, że Eunice dołożyła od tego knuty), naprawdę szczerze się zaśmiewała, zastanawiając się, kto tutaj przejdzie samego siebie. Naprawdę nie miała zamiaru wychodzić na rendez-vous z Erikiem, bo o ile była pewna, że byłby to niezwykle uroczy wieczór, wciąż starała się odbudować swoje małżeństwo i nie chciała wzbudzać w Williamie niepotrzebnej zazdrości czy niepewności w jej lojalność.
A potem usłyszała komentarz męża, połączony ze złapaniem jej za nadgarstek. Już samo porównanie jej do jakiejś losowej trzpiotki wzbudziło w niej gniew, a co dopiero kiedy palce Willa zacisnęły się stanowczo wokół jej dłoni. Poczuła się jak pięciolatka odciągana przez ojca od wystawy ze słodyczami, bo rzekomo mamy cukierki w domu.
Tymczasem cukierek w domu...
- Przez ten rok twojej ciszy i uników zdążyłam zapomnieć, jaki ty jesteś zabawny na imprezach - cisnęła w niego sarkazmem w ramach odpowiedzi, spoglądając na niego z szaleństwem w oczach. Wyglądała tak, jakby tylko obecność osób trzecich wokół ich dwójki powstrzymywała ją przed tym, żeby wylać na niego resztkę wina z kieliszka, a potem wcisnąć mu szkło w dół gardła. - A skąd w ogóle pomysł, że licytuję tę kolację dla siebie? Może chciałam sprawić prezent tobie, żebyś w końcu wyszedł z domu i poznał prawdziwego mężczyznę? Kto wie, a nuż się czegoś od niego nauczysz? - Skoro on porównywał ją do innych kobiet, nie miała zamiaru pozostawać dłużna. I choć każde z pytań wypowiedziała z anielskim uśmiechem na ustach, słodkim tonem, jakby naprawdę podjęła się licytacji z troski o męża, obydwoje znali się wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że Eden zawsze wytaczała docinki w ten sam, zawoalowany sposób. Bezpośrednia obraza nie zabolałaby wystarczająco.
- Siedem tysięcy! - podbiła stawkę podnosząc głos, nawet nie próbując wyrwać się z uścisku męża. Tak naprawdę nie spuściła z niego nawet spojrzenia, mrużąc oczy zawistnie na moment, jakby licytowała się jedynie na złość. Dopiero wtedy obróciła twarz w kierunku sceny, by osoby odpowiedzialne za przebieg licytacji zarejestrowali jej kolejne wejście.
- Czy nie nauczyłeś się jeszcze, że kiedy ktoś każe mi coś zrobić, robię dokładnie na odwrót? - zapytała szeptem, zbliżając się do ucha męża, a następnie uniosła się na palcach stóp, żeby złożyć delikatny całus na jego skroni.
- Oczywiście, że miałam na to wpływ - odparła błyskawicznie, potrząsając głową w irytacji. Przybliżyła się do twarzy męża, chcąc powiedzieć drugą część swojej myśli nieco ciszej. - Gdybym udusiła tego smarka własną pępowiną jeszcze w łonie naszej matki, oszczędziłabym sobie wielu zmartwień i sporej ilości wstydu - wysyczała przez zęby do ucha Williama, niepochlebnie wyrażając się o własnym bliźniaku. Ich obecna relacja była na zdecydowanie lepszym i bardziej cywilizowanym poziomie niż kiedykolwiek dotąd, nie zmieniało to jednak faktu, że pluła sobie w brodę przez tę klątwę i nadal miała ochotę uderzać głową Elliotta o ścianę tak długo, aż zacznie przypominać rozgotowane jabłko.
Licytacja dla Eden wydawała się zabawna; rzucane kwoty wydawały się bajońskie, ale na niej nie robiły aż takiego wrażenia. Fakt, że walka o Longbottoma urosła do rangi absurdu był dla niej wyśmienitą rozrywką, więc nie miała zamiaru wycofać się w przedbiegach. Słysząc kolejne podbicia własnej propozycji, również o głupie drobiazgi (prawie zakrztusiła się własną śliną słysząc, że Eunice dołożyła od tego knuty), naprawdę szczerze się zaśmiewała, zastanawiając się, kto tutaj przejdzie samego siebie. Naprawdę nie miała zamiaru wychodzić na rendez-vous z Erikiem, bo o ile była pewna, że byłby to niezwykle uroczy wieczór, wciąż starała się odbudować swoje małżeństwo i nie chciała wzbudzać w Williamie niepotrzebnej zazdrości czy niepewności w jej lojalność.
A potem usłyszała komentarz męża, połączony ze złapaniem jej za nadgarstek. Już samo porównanie jej do jakiejś losowej trzpiotki wzbudziło w niej gniew, a co dopiero kiedy palce Willa zacisnęły się stanowczo wokół jej dłoni. Poczuła się jak pięciolatka odciągana przez ojca od wystawy ze słodyczami, bo rzekomo mamy cukierki w domu.
Tymczasem cukierek w domu...
- Przez ten rok twojej ciszy i uników zdążyłam zapomnieć, jaki ty jesteś zabawny na imprezach - cisnęła w niego sarkazmem w ramach odpowiedzi, spoglądając na niego z szaleństwem w oczach. Wyglądała tak, jakby tylko obecność osób trzecich wokół ich dwójki powstrzymywała ją przed tym, żeby wylać na niego resztkę wina z kieliszka, a potem wcisnąć mu szkło w dół gardła. - A skąd w ogóle pomysł, że licytuję tę kolację dla siebie? Może chciałam sprawić prezent tobie, żebyś w końcu wyszedł z domu i poznał prawdziwego mężczyznę? Kto wie, a nuż się czegoś od niego nauczysz? - Skoro on porównywał ją do innych kobiet, nie miała zamiaru pozostawać dłużna. I choć każde z pytań wypowiedziała z anielskim uśmiechem na ustach, słodkim tonem, jakby naprawdę podjęła się licytacji z troski o męża, obydwoje znali się wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że Eden zawsze wytaczała docinki w ten sam, zawoalowany sposób. Bezpośrednia obraza nie zabolałaby wystarczająco.
- Siedem tysięcy! - podbiła stawkę podnosząc głos, nawet nie próbując wyrwać się z uścisku męża. Tak naprawdę nie spuściła z niego nawet spojrzenia, mrużąc oczy zawistnie na moment, jakby licytowała się jedynie na złość. Dopiero wtedy obróciła twarz w kierunku sceny, by osoby odpowiedzialne za przebieg licytacji zarejestrowali jej kolejne wejście.
- Czy nie nauczyłeś się jeszcze, że kiedy ktoś każe mi coś zrobić, robię dokładnie na odwrót? - zapytała szeptem, zbliżając się do ucha męża, a następnie uniosła się na palcach stóp, żeby złożyć delikatny całus na jego skroni.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~