Mężczyzna był mu całkowicie obcy. Kontrastował z jego ubraniem swoim jasnym - jasnobłękitną koszulą, dość luźną, letnią, przez to łapała każdy podmuch wiatru studzący ich tutaj z miejskiego zaduchu. Do tego białe spodnie, równiutko wyprasowane dzięki błogosławieństwu skrzata domowego, bez którego... cóż, bez którego nie wyobrażał sobie funkcjonowania. Ale niektórzy się funkcjonować uczyli bez skrzatów. Według Laurenta Victoria po prostu powinna znaleźć nowego, na pewno nie będzie problemem zorganizowanie jej takowego w biurze. Aczkolwiek przyzwyczajenie robiło swoje. Skrzat to nie przedmiot, to nie jest rzecz, którą można ot tak wymienić. Przynajmniej on tak nie uważał. Tak samo jak nie dało się zastąpić człowieka. Mógł wypełniać rolę powierzoną, ale nigdy nie będzie tym samym. Nigdy nie przyniesie ze sobą identycznego ładunku emocjonalnego.
Uścisnął męską dłoń, spoglądając w szare oczy zza swoich okularów przez parę chwil. Przytrzymywał teczkę pod ramieniem, ale po wymienieniu się uprzejmościami i uściskiem ujął ją w palce, zamierzając zaraz zaprezentować ją samemu mężczyźnie. Zaraz, albo potem. Może nawet potem, zważywszy na to, że ludzie lubili oglądać te stworzenia tak po prostu. Nawet jeśli nie do końca mieli intencję kupować cokolwiek. Wcale go to nie dziwiło. Chwilowo jednak oba mankamenty straciły na znaczeniu, kiedy wychwycił woń, która rozpierzchała jego zmysły i przyciągała do siebie permanentnie. Ratowało tylko to, że tej wody zostało wylane za dużo, stanowczo za dużo i miała maskować przepalony tytoń, który przyczepiał się do jego odzienia. I tak wystarczyło, żeby Laurent przez parę chwil zapomniał języka w gębie i musiał pozbierać swój mózg, swoje myśli.
- Tak... cieszę się, że przypadło panu do gustu. - Poprawił się po odzyskaniu rezonu i błysnął teraz o wiele cieplejszym uśmiechem. - Większość abraksanów jest na wybiegu, ale kilka mamy akurat pod ręką. - Wskazał gestem stajnie (ręką z teczką) i sam wkroczył do środka. - Przygotowałem dla pana zestawienie rumaków, jakie byłyby możliwe do negocjacji sprzedaży. - Kontynuował, kiedy wkroczyli do ogarniętej półmrokiem stajni. Wewnątrz była gigantyczna. Ogromne boksy dla abraksanów i wysoki strop. Pod sufitem były zamykane klapami okna - co drugie było otworzone, dlatego panowała tutaj taka... niemal senna atmosfera, chciałoby się powiedzieć.