Śmierć była bardzo odległa młodym ludziom. Jeszcze 10 lat temu wydawało mu się, że jest nieśmiertelny. Żyjesz w pięknej posiadłości, przy człowieku, który sam jest jak Bóg i potem mówi ci, że przecież jesteś sam półbogiem. Aniołem. Łatwo uwierzyć w bajki, które kolorowały naszą rzeczywistość. Bajki, które sprawiały, że tą codzienność rozumiałeś inaczej. Czy prawda była tu ważna? A ja owszem, królowała. Ale to była twoja prawda. Twoja jedna. Twoja własna. Fałsz przybrany w odpowiednią suknię mógł zostać nawet prawdą nazwany. Kwestionować mógł tylko ten, który zrozumiał głębię problemu - i nauczył się jej przeczyć. Tej fałszywej Prawdzie. Dziś nie było mowy o poczuciu nieśmiertelności. Zbyt wiele razy otarł się o tą przerażającą istotę zwaną Kostuchną, żeby tak sądzić. Nawet Edward zwątpił, spanikował - jak więc on miał zachować spokój? Ale nie myślała o umieraniu, bo chciał żyć. I chociaż było ciężko to chciał przy tym żyć jak najlepiej. Nie chowając ciągle głowy w piach i nie truchlejąc przed każdym kolejnym dniem. Chciał... Po prostu żyć. Wierzył, że byli ludzie, którzy zajęli by się tymi końmi i wszystkimi stworzeniami w rezerwacie. Nie pozwoliliby temu umrzeć nawet gdyby jego samego zabrakło. Bo z jakiegoś powodu bardzo dużo ludzi miało do jego słabość. I chyba zrobiliby to chociażby po to, żeby uhonorować jego pamięć.
Przyjemny głos. Mężczyzna miał przyjemny głos, Laurent takie naprawdę uwielbiał. Mógł słuchać godzinami tych pomruków, które brzmiały jak kocie zadowolenie, a tymczasem to była zwykła rozmowa. Przywodził na myśl tych wszystkich nieszczęśliwych, małych artystów ulicznych, którzy chcieliby grać na wielkich scenach a zostawała im whiskey i stołek w podrzędnych knajpkach. Rzadko, bardzo rzadko miał okazję już słyszeć takie tony. Nie chodził w miejsca, gdzie posiadacze tych hipnotyzujących głosów chodzili.
- Słucham? - Zapytał bardziej ze zdziwienia pytaniem, a nie dlatego, że nie usłyszał. W dowód tego od razu kontynuował, nie dając okienka do odpowiedzi. - Nie, całkiem spokojna, dziękuję... - To nie była do końca prawda, ale uśmiechnął się delikatnie, zsuwając okulary, żeby spojrzeć znów na mężczyznę, zamiast skupić się na koniach. - Naturalnie, byłem. - Potwierdził, łapiąc ten small talk. - Zakończył się remisem, więc niektórzy spodziewają się dogrywki. Osobiście wolę jednak pozostać przy oglądaniu koni i butelek wina w odpowiednich dłoniach niż pokazów pojedynków na parkiecie. - Oderwał wzrok od mężczyzny, żeby spojrzeć na mijane boksy i zatrzymać się przy jednym z nich, gdzie wylegiwał się właśnie jeden z abraksanów o perłowym ubarwieniu.