Zakołysał się raz jeszcze, prowadząc ich w tym silnie, po czym zaśmiał się lekko z jego pytania i odkrył, że ten śmiech był już tak samo gorący jak otaczająca ich atmosfera. Kwitł. Tylko tak potrafił opisać to co ujmowało teraz jego duszę. Flynn w tym momencie kwitł, takie chwile były najwyższym wyrazem jego spełnienia - podczas nich się nie myślało, podczas nich się czuło i chociaż uczucia były jego przesadzenie mocną stroną i normalnie od tak dużego ich natłoku już by się dusił, to teraz czuł się po prostu przyjemnie.
Przechylił lekko głowę, patrząc na niego pod kątem, analizując to, co mu teraz grało w tych ciemnych, podkrążonych oczach. I dostrzegał w nich rzeczy bardzo znajome - własne odbicie, czułość, gdzieś pomiędzy tańczącymi iskrami światła odbitych świec ukryło się świadectwo tego, że po drodze coś poszło pomiędzy nimi bardzo źle, ale chyba zepsuł mu się wzrok, bo to się znów rozmyło tak szybko, jakby nigdy tego nie zauważył. Nie mógł zdobyć się do walki o zdrowy rozsądek, bez wątpienia poddał się mniej-więcej w momencie, kiedy tańczący z nim teraz idiota zaczął gładzić go po rękach i mówić, że mu te wszystkie idiotyzmy wybacza. Wtedy czuł w sobie wszechogarniającą beznadziejność, dzisiaj... co najwyżej jakiś specyficzny smak tęsknoty, ale wiedział dobrze jak go zabić.
Przyciągnął go do siebie jeszcze bliżej, tak żeby ich ciała się stykały, po czym tę głowę przechyloną zatopił w jego szyi, żeby złożyć na niej szereg pocałunków, od góry do dołu, zaczynając przy uchu, kończąc nieopodal krawędzi koszulki, którą podwinął, wsuwając pod nią dłonie, żeby ułożyć je nie na biodrach, a na gołych lędźwiach.
- Na ciebie czekającego na mnie we wstążce? Trochę. - Odpowiedział całkowicie szczerze, ale tak naprawdę nie zależało mu na zrealizowaniu tego aż tak bardzo. Wyprostował się, zaciskając palce na jego skórze. - Kilka ostatnich dni spędziłem na wyobrażaniu sobie tej sceny z odległości kilku jardów. - Wracał wspomnieniem do Little Hangleton, którym musiał żyć dosyć silnie, skoro tak szybko namyślił się jakiej zapłaty chciał za swoje usługi od młodej Crouch. - Siebie na tych kolanach, z kosmykami włosów wystającymi spomiędzy twoich palców, z rozciągniętymi ustami, oczami mokrymi od napięcia - wymieniał bardzo powoli - a jednak spoglądającymi w górę w cichej modlitwie, w niemym oddaniu. - Uśmiechnął się znów, ale to był jeden z tych uśmiechów, które nie sięgają oczu, najpewniej przez narastające w nim podniecenie. - Urocze - przyznał - ale wolałbym widzieć cię tam na dole. - Teatralnie spojrzał oczami w dół, jakby chciał mu coś zasugerować, ale ręką zrobił coś innego - zabrał ją z jego lędźwi, żeby ująć Caina za twarz i pocałować jeszcze raz, ale już nie w formie całusa na powitanie, tylko chcąc go faktycznie poczuć, zatrzymać się w tej pozycji na dłuższą chwilę, a później pogładzić go po włosach, kiedy zaczesywał mu je za ucho. - Więc może trochę obietnica... ale bardziej zapowiedź. Obiecać to ja ci mogę, że chociaż głowie przypominać tego raczej nie muszę, to przypomnę twojemu ciału, w jakim miejscu czujesz się najlepiej. - Tam na dole. Albo po prostu pod nim.
A później się od niego delikatnie odsunął.
- Powiedz jeszcze, że będziemy pić je z gwinta, a nie z kieliszków. I że mama kazała ci wrócić do dwudziestej drugiej. - Mógłby tak wymieniać dalej, bo to przecież była okazja do tak wielu żartów - o tym jak przy nim przestanie siwieć, albo że nie powinien zadawać się z chłopakami, którzy nie dostali się do Hogwartu, bo to złe towarzystwo, ale... Do diabła, nawet on miał czasami dosyć ciorania samego siebie bez powodu. Ale faktycznie na łbie pojawiły mu się już pierwsze siwe włosy, tylko wbrew temu co wszyscy o nim myśleli, Edge je sobie skrupulatnie wyrywał.
- ...tylko nie mów, że kieliszki były w tym kartonie, który kopnąłem wchodząc.
Przechylił lekko głowę, patrząc na niego pod kątem, analizując to, co mu teraz grało w tych ciemnych, podkrążonych oczach. I dostrzegał w nich rzeczy bardzo znajome - własne odbicie, czułość, gdzieś pomiędzy tańczącymi iskrami światła odbitych świec ukryło się świadectwo tego, że po drodze coś poszło pomiędzy nimi bardzo źle, ale chyba zepsuł mu się wzrok, bo to się znów rozmyło tak szybko, jakby nigdy tego nie zauważył. Nie mógł zdobyć się do walki o zdrowy rozsądek, bez wątpienia poddał się mniej-więcej w momencie, kiedy tańczący z nim teraz idiota zaczął gładzić go po rękach i mówić, że mu te wszystkie idiotyzmy wybacza. Wtedy czuł w sobie wszechogarniającą beznadziejność, dzisiaj... co najwyżej jakiś specyficzny smak tęsknoty, ale wiedział dobrze jak go zabić.
Przyciągnął go do siebie jeszcze bliżej, tak żeby ich ciała się stykały, po czym tę głowę przechyloną zatopił w jego szyi, żeby złożyć na niej szereg pocałunków, od góry do dołu, zaczynając przy uchu, kończąc nieopodal krawędzi koszulki, którą podwinął, wsuwając pod nią dłonie, żeby ułożyć je nie na biodrach, a na gołych lędźwiach.
- Na ciebie czekającego na mnie we wstążce? Trochę. - Odpowiedział całkowicie szczerze, ale tak naprawdę nie zależało mu na zrealizowaniu tego aż tak bardzo. Wyprostował się, zaciskając palce na jego skórze. - Kilka ostatnich dni spędziłem na wyobrażaniu sobie tej sceny z odległości kilku jardów. - Wracał wspomnieniem do Little Hangleton, którym musiał żyć dosyć silnie, skoro tak szybko namyślił się jakiej zapłaty chciał za swoje usługi od młodej Crouch. - Siebie na tych kolanach, z kosmykami włosów wystającymi spomiędzy twoich palców, z rozciągniętymi ustami, oczami mokrymi od napięcia - wymieniał bardzo powoli - a jednak spoglądającymi w górę w cichej modlitwie, w niemym oddaniu. - Uśmiechnął się znów, ale to był jeden z tych uśmiechów, które nie sięgają oczu, najpewniej przez narastające w nim podniecenie. - Urocze - przyznał - ale wolałbym widzieć cię tam na dole. - Teatralnie spojrzał oczami w dół, jakby chciał mu coś zasugerować, ale ręką zrobił coś innego - zabrał ją z jego lędźwi, żeby ująć Caina za twarz i pocałować jeszcze raz, ale już nie w formie całusa na powitanie, tylko chcąc go faktycznie poczuć, zatrzymać się w tej pozycji na dłuższą chwilę, a później pogładzić go po włosach, kiedy zaczesywał mu je za ucho. - Więc może trochę obietnica... ale bardziej zapowiedź. Obiecać to ja ci mogę, że chociaż głowie przypominać tego raczej nie muszę, to przypomnę twojemu ciału, w jakim miejscu czujesz się najlepiej. - Tam na dole. Albo po prostu pod nim.
A później się od niego delikatnie odsunął.
- Powiedz jeszcze, że będziemy pić je z gwinta, a nie z kieliszków. I że mama kazała ci wrócić do dwudziestej drugiej. - Mógłby tak wymieniać dalej, bo to przecież była okazja do tak wielu żartów - o tym jak przy nim przestanie siwieć, albo że nie powinien zadawać się z chłopakami, którzy nie dostali się do Hogwartu, bo to złe towarzystwo, ale... Do diabła, nawet on miał czasami dosyć ciorania samego siebie bez powodu. Ale faktycznie na łbie pojawiły mu się już pierwsze siwe włosy, tylko wbrew temu co wszyscy o nim myśleli, Edge je sobie skrupulatnie wyrywał.
- ...tylko nie mów, że kieliszki były w tym kartonie, który kopnąłem wchodząc.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.