17.12.2023, 10:40 ✶
Delacour nie była osobą, o której można by powiedzieć, że to postać prosta i przejrzysta. Jako uzdrowicielka powinna leczyć wszystkich bez wyjątku, odkładając na bok osobiste sympatie i antypatie. Lecz czy to było w ogóle możliwe? Przez lata wpajano jej, że mugolaki to zupełnie odrębna kasta, brudna krew. I chociaż w to wierzyła, bo nie miała wyjścia, to jednak daleka była od świętowania, że właśnie oto jeden z ich przedstawicieli oberwał tak mocno, że chciał umrzeć. Z jednej strony wierzyła, że czarodzieje pochodzący z niemagicznych rodzin nie powinni mieć prawa, by uczyć się w Hogwarcie tak samo zaawansowanych zaklęć, ale z drugiej nie popierała przemocy i sposobu, w jaki chciano się pozbywać "szlamowatego problemu".
To było bardzo trudne - takie zachowanie balansu. Nigdy jednak nie okazała Wardowi otwartej wrogości: potrafiła trzymać nerwy na wodzy i odpychać emocje, pozwalając by chłodny profesjonalizm i rozsądek wzięły nad nimi górę. Tak było i w tej chwili. Nie miała problemu, by leczyć Tristana, chociaż nie można było powiedzieć, żeby bardzo jej zależało na tym, by ten odzyskał głos, bo go lubiła. Nie - chciała, by odzyskał głos, bo widziała w tym swoją szansę na awans. W tej kwestii Ward miał rację, był poniekąd królikiem doświadczalnym.
- Dziękuję - powiedziała, robiąc dwa kroki w stronę łóżka. Nie usiadła jednak na nim, nie skorzystała także z krzesła. Tego typu rozmowy wolała przeprowadzać na stojąco, wtedy łatwiej było jej kontrolować sytuację. - Fizycznie panu nic nie dolega, rany się zaleczyły. Psychicznie... Dostał pan kilka kontaktów do osób, które otoczą pana opieką.
Zaczęła, zerkając na wypis. Jak już było wspomniane, był dość długi. Musieli podsumować w nim to, co zaobserwowali w przypadku Tristana. Najbardziej jednak irytował dopisek "na żądanie" u dołu kartki. Camille ściągnęła brwi w zamyśleniu, ale szybko powróciła wzrokiem do Tristana. Jej spojrzenie odrobinę złagodniało.
- Uważam, że to nierozsądne tak szybko nas opuszczać. Rozumiem, że nie każdy lubi szpitale i uzdrowicieli, ale obiecaliśmy panu pomóc. Wypisując się na żądanie związał nam pan poniekąd ręce - powiedziała powoli, odruchowo starając się dostrzec, czy Ward przejawia jakiekolwiek emocje poza zrezygnowaniem i być może zniechęceniem, że znowu musi słuchać wykładu? Ale trudno, jeśli chciał wypis, to musiał jej wysłuchać. Nie musiał się na nic godzić ani jej odpowiadać, tylko posłuchać. - Problem w tym, że ja nie lubię przegrywać, wie pan?
Delacour dopiero teraz odłożyła podkładkę z wypisem na stolik, a sama zajęła krzesło naprzeciwko łóżka. Założyła nogę na nogę i splotła dłonie na kolanie, świdrując Warda wzrokiem.
- Proszę mi wybaczyć słownictwo, ale pański przypadek medyczny traktuję jako osobistą porażkę. Odnoszę wrażenie, że rozwiązanie mam na wyciągnięcie ręki, leczy gdy tylko staram się je pochwycić - natrafiam na pustkę. Jest pan aurorem, na pewno miał pan wiele spraw, których rozwiązanie było nieoczywiste lub być może nie udało się do niego dojść. Rozumie pan moją frustrację, prawda? Ja nie przypuszczam: ja wiem, że mogę panu pomóc. Potrzebuję tylko czasu, który mi pan zabrał - mówiła spokojnym, jednostajnym głosem. Nie pozwalała, by irytacja o której mówiła, wypłynęła na wierzch, zniekształcając ton jej głosu. - Wiem jednak, że spotkała pana ogromna tragedia, która również ma wpływ na to, co się z panem dzieje. Dlatego rozumiem, czemu nie chce pan tu zostać. Proszę tylko, by rozważył pan kontynuację badań w przyszłości, najlepiej od razu gdy uporządkuje pan sprawy prywatne. U mnie, poza szpitalem, bez oceniających spojrzeń i szeptów po kątach. Wyłącznie w celu rozwiązania problemu medycznego.
Lekko przekrzywiła głowę. Nie miała pojęcia, czy się zgodzi, ale to nic. Jak nie teraz, to może za kilka miesięcy. W jej niebieskich oczach Tristan mógł dojrzeć determinację. Mimo ładnej aparycji i smukłej sylwetki ta kobieta wydawała się być bardziej uparta niż wielu przewyższających ją o głowy mężczyzn. Nic dziwnego: w tym świecie trzeba było umieć dążyć po swoje. Jak nie przemocą, to sposobem. Pytanie jakie sposoby miała Delacour?
To było bardzo trudne - takie zachowanie balansu. Nigdy jednak nie okazała Wardowi otwartej wrogości: potrafiła trzymać nerwy na wodzy i odpychać emocje, pozwalając by chłodny profesjonalizm i rozsądek wzięły nad nimi górę. Tak było i w tej chwili. Nie miała problemu, by leczyć Tristana, chociaż nie można było powiedzieć, żeby bardzo jej zależało na tym, by ten odzyskał głos, bo go lubiła. Nie - chciała, by odzyskał głos, bo widziała w tym swoją szansę na awans. W tej kwestii Ward miał rację, był poniekąd królikiem doświadczalnym.
- Dziękuję - powiedziała, robiąc dwa kroki w stronę łóżka. Nie usiadła jednak na nim, nie skorzystała także z krzesła. Tego typu rozmowy wolała przeprowadzać na stojąco, wtedy łatwiej było jej kontrolować sytuację. - Fizycznie panu nic nie dolega, rany się zaleczyły. Psychicznie... Dostał pan kilka kontaktów do osób, które otoczą pana opieką.
Zaczęła, zerkając na wypis. Jak już było wspomniane, był dość długi. Musieli podsumować w nim to, co zaobserwowali w przypadku Tristana. Najbardziej jednak irytował dopisek "na żądanie" u dołu kartki. Camille ściągnęła brwi w zamyśleniu, ale szybko powróciła wzrokiem do Tristana. Jej spojrzenie odrobinę złagodniało.
- Uważam, że to nierozsądne tak szybko nas opuszczać. Rozumiem, że nie każdy lubi szpitale i uzdrowicieli, ale obiecaliśmy panu pomóc. Wypisując się na żądanie związał nam pan poniekąd ręce - powiedziała powoli, odruchowo starając się dostrzec, czy Ward przejawia jakiekolwiek emocje poza zrezygnowaniem i być może zniechęceniem, że znowu musi słuchać wykładu? Ale trudno, jeśli chciał wypis, to musiał jej wysłuchać. Nie musiał się na nic godzić ani jej odpowiadać, tylko posłuchać. - Problem w tym, że ja nie lubię przegrywać, wie pan?
Delacour dopiero teraz odłożyła podkładkę z wypisem na stolik, a sama zajęła krzesło naprzeciwko łóżka. Założyła nogę na nogę i splotła dłonie na kolanie, świdrując Warda wzrokiem.
- Proszę mi wybaczyć słownictwo, ale pański przypadek medyczny traktuję jako osobistą porażkę. Odnoszę wrażenie, że rozwiązanie mam na wyciągnięcie ręki, leczy gdy tylko staram się je pochwycić - natrafiam na pustkę. Jest pan aurorem, na pewno miał pan wiele spraw, których rozwiązanie było nieoczywiste lub być może nie udało się do niego dojść. Rozumie pan moją frustrację, prawda? Ja nie przypuszczam: ja wiem, że mogę panu pomóc. Potrzebuję tylko czasu, który mi pan zabrał - mówiła spokojnym, jednostajnym głosem. Nie pozwalała, by irytacja o której mówiła, wypłynęła na wierzch, zniekształcając ton jej głosu. - Wiem jednak, że spotkała pana ogromna tragedia, która również ma wpływ na to, co się z panem dzieje. Dlatego rozumiem, czemu nie chce pan tu zostać. Proszę tylko, by rozważył pan kontynuację badań w przyszłości, najlepiej od razu gdy uporządkuje pan sprawy prywatne. U mnie, poza szpitalem, bez oceniających spojrzeń i szeptów po kątach. Wyłącznie w celu rozwiązania problemu medycznego.
Lekko przekrzywiła głowę. Nie miała pojęcia, czy się zgodzi, ale to nic. Jak nie teraz, to może za kilka miesięcy. W jej niebieskich oczach Tristan mógł dojrzeć determinację. Mimo ładnej aparycji i smukłej sylwetki ta kobieta wydawała się być bardziej uparta niż wielu przewyższających ją o głowy mężczyzn. Nic dziwnego: w tym świecie trzeba było umieć dążyć po swoje. Jak nie przemocą, to sposobem. Pytanie jakie sposoby miała Delacour?