Ponieważ Śmierć zaczynała krążyć jak sępy nad padliną i kruki nad polem bitwy - temat był odsuwany tym dalej. Nie myśl o niej. Po prostu o niej nie myśl i się nią nie przejmuj. W końcu bardzo łatwo było odwrócić od czegoś wzrok, wystarczyło tylko mieć odpowiedni argument, żeby to zrobić. Albo siłę przekonywania, że tak należy, choć żaden argument nie padł. Laurent miał tych argumentów wiele: bo tak będzie prościej, bo nie można się tym przejmować, bo ona jest częścią życia - ale nie trzeba na nią przez to spoglądać. Nie trzeba tym bardziej samodzielnie wyciągać palców do rudych włosów, żeby sprawdzić, czy naprawdę są takie miękkie, na jakie wyglądały. Jeżeli zaś nie dotykała jego, to wyciągała dłonie po bliskich. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak intensywnie to robiła. Nie przez złośliwość, a jednak miałby do niej żal i byłby zły, że znów kogoś przygarnęła w ramiona, chociaż nie nadszedł jego czas. Dożyć i doczekać starości - nie każdy miał tę możliwość. Szczególnie w tych ponurych czasach. Laurent nie chciał myśleć o dotyku jej dłoni na swoich jasnych włosach, który pozostawiał siwe pasma z nerwów. O tym, jak potrafiła zaciskać te kości na jego gardle. odmawiał spojrzenia na pewną nieodłączną część życia, bo spoglądanie jej w twarz mogłoby go przerosnąć.
Jak odpowiedzieć na niektóre pytania? Najlepiej - szybko. Zazwyczaj tak było najlepiej. Bez zawahania, z całą pewnością i stanowczością siebie samego. Laurent cichutko i delikatnie odetchnął, unosząc te kąciki ust na parę sekund wyżej. Sięgnął dłonią do kołnierza swojej koszuli, żeby zawiesić na dekolcie okulary za jedną z rączek z braku futerału na nie, który pozostał w biurze.
- Zostałem zauroczony pańskim głosem i zapachem. - Och, to mogło zostać odebrane na wiele sposobów, a w dzisiejszej kulturze co najwyżej jako niezobowiązujący komplement. Ale mogło zostać odebrane tak całkowicie bezpośrednio, jak blondyn o tym myślał, kiedy znów przeniósł swój wzrok na Kierana skupionego chwilowo na leżącej na ściółce klaczy. Ta uniosła właśnie swoje powieki z długimi rzęsami, żeby spojrzeć na niego mądrymi, jasno-czerwonymi ślepiami, poruszając wielkim skrzydłem, by dla własnej wygody nieco bardziej je rozłożyć. - Rozumiem, że nie kibicował pan żadnej ze stron? Czy może uwaga o absurdalności jest od tego niezależna. - Ni to pytanie, ni to zdanie twierdzące... to, co Laurent lubił robić - strzelał. Strzelał, że mężczyzna gotów był powiedzieć "w chuj to mam", chociaż jemu samemu by takie zdanie przez gardło nie przeszło. Chyba by nie przeszło. - Nie, nie wszystkie. Przechodzą przez wszystkie odcienie beżu, pereł, szarości aż do śnieżnej bieli. - Podobnej jednorożcom, choć z tymi to żadne stworzenie nie mogło się równać. W ich blasku. W ich czystości. Odwrócił wzrok od konia i napotkał to Kierana. Zaskoczony. Intensywnością tego spojrzenia, które wydawało się przybijać do desek kolumny podtrzymującej strop za jego plecami. Tym bardziej zaskoczony słowami, które wypłynęły z jego ust dalej.
Chciałoby się aż zapytać, czy na pewno mówi dalej o abraksanie. Duże, zaklinające piękno morskich fal oczy spoglądały na Kierana, a na karku poczuł dreszcz. Odrobinę napięcia.
- Och, ależ dziękuję za komplement... abraksan jest rzeczywiście niebiańsko piękny. - Choć w swojej śmiałości potraktował to jako komplement dla siebie samego. Przy czym niekoniecznie maskarada musiała być obdzierana z jej kurtyn.