Żałoba nie była łatwa. Dużo łatwiej byłoby ją przetrwać, gdyby mógł w pełni poświęcić się konkretnej misji, najlepiej takiej, która dałaby mu i wszystkim Longbottomem szansę na wyciągnięcie konsekwencji wobec ludzi, którzy w Beltane odebrali im członka rodziny. Aż za dobrze pamiętał konflikt, jaki czuł po opuszczeniu Strażnicy Zakonu tuż po Beltane. Z jednej strony niemoc, z drugiej zrozumienie, że na tym etapie nie mogli zrobić zbyt wiele bez zwracania na siebie uwagi.
Z perspektywy czasu zaczął doceniać szansę, jaką dał Longbottomom Patrick i Albus. Tuż po pogrzebie Derwina wszystkimi targały emocje. Tutaj nie było co się spierać. Gdyby faktycznie pozwolono im dać ujście tym najgorszym żądzom, tym które wołały o wymierzeniu bezpośredniego ciosu w serca ich przeciwników... Kto wie, jak by się to skończyło. Dla organizacji pewnie niezbyt dobrze. Kolejne tygodnie pozwoliły im oswoić się ze stratą po swojemu. Praca. Obowiązki domowe. Żal. Odpoczynek. To pozwoliło nabrać nieco dystansu do tego wszystkiego. Niestety... zaczarowany pędzel nie zdystansował się wystarczająco szybko od Morfeusza. Erik skulił się w sobie, gdy farba wylądowała z głuchym plaśnięciem na ciuchach krewniaka.
— Na Merlina, przepraszam! — rzucił, zamiast powitania, podchodząc bliżej. Nowe ciuchy? Pewnie jeszcze świeżo wyprane... Eh, co za niefart. — Nie idziesz na żadne spotkanie w Ministerstwie, prawda?
Dopiero po dłuższej chwili dotarła do niego poprzednia uwaga Morfeusza.
— Faktycznie, dawno nie miałem tyle roboty. Do tej pory myślałem, że to Malwa zajmuje się sezonowo takimi drobnymi remontami. — Podrapał się po potylicy. W sumie niektórzy domownicy mieli zwyczaj wyręczania skrzatki w jej obowiązkach, więc może w to lato sama o tym zapomniała, wychodząc z założenia, że znowu zaczną jej wyrywać robotę z rąk? — W tym tempie, nie wiem, kiedy to skończę. — Rozejrzał się najpierw lewo, a potem w prawo, przyglądając się ciągnącemu się wzdłuż granic działki płotkowi. — Chociaż może właśnie taki był cel. Trzymać mnie na podwórku do końca lata.
I wypuszczać mnie tylko do pracy, pomyślał z przekąsem. Chociaż znając dojścia rodziny w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, zaproszenie wuja Caspiana na kolację mogłaby wystarczyć, aby załatwić Longbottomowym pociechom przymusowy urlop. Czy byłoby tak dla nich bezpieczniej? Być może. Czy spotkałoby się to z ich sprzeciwem? Oczywiście, że tak. Znając honorowe tendencje dziadka Godryka, możliwe, że nawet poparłby ich bunt, gdyby nie zgodzili się na uziemienie.
— Nie wiesz, czy przypadkiem matka nie ma takich planów? — Uśmiechnął się półgębkiem, trząsając lekko różdżką; pędzel poderwał się z ziemi i wylądował przy kuble z farbą. — Pewnie dostrzegasz więcej ode mnie.
Dosłownie i w przenośni. Chociaż Erik widział w Morfeuszu starszego brata, niż wuja, tak teoretycznie i tak zaliczał się do tego ''starszego pokolenia''. Mógł coś usłyszeć lub po prostu wyczuć za pomocą swoich wyjątkowych umiejętności. Erik mógł co najwyżej na własną rękę wysnuć wnioski i przeprowadzić śledztwo... W rodzinie pełnej brygadzistów i aurorów nie było to jednak zbyt efektywne. Bądź co bądź, wielu z nich na pewnym etapie życia przeszło bardzo podobne szkolenie.
— Wyjazd do Grecji ci chyba trochę posłużył — zauważył, porównując ich opaleniznę. Słońce kontynentu grzało mocniej niż w Anglii albo to Erik znacząco pobladł, kisząc się na co dzień w mundurze Brygady Uderzeniowej.
Nie znał wszystkich szczegółów związanych z wyjazdem Morpheusa, jednak miał nadzieję, że udało mu się domknąć na miejscu wszystkie sprawy, zanim zdecydował się na powrót do domu. Cieszył się z tego, że rodzina praktycznie była w komplecie. Spoważniał nieco, gdy na horyzoncie jego umysłu pojawił się obraz Derwina. Prawie w komplecie.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞