Napięcie wspinało się po kręgosłupie i wisiało na nim. Na szyi. Zaciśnięte palce i cień za plecami rosnący i rosnący, i rosnący... owijający się wokół ciała jak peleryna. Niestety nie chroniła przed czymkolwiek. Zapraszała mrok i żałość do życia, do którego nie chciałeś ich zapraszać. To pewnie twoja wina. Niedomknięte drzwi, rozchylone okno. Błąd i błąd, błąd za błędem, wszędzie jakieś niedokładności. Życie - takie byle jak, byle żyć. Efektem tego było usilne poszukiwanie światła, które teraz wydawało się obrzydliwie odległe, kiedy stawiałeś każdy kolejny krok do wyjścia ze stajni.
Rosło napięcie i malał oddech.
Nie patrzył już na Kierana Averego. Stracił uśmiech z twarzy. Spoglądał przed siebie, a siła jego mięśni słabła, prawie jakby miał zaraz stracić kontrolę nad własnym ciałem. Chciał stawiać kroki szybsze, a miał wrażenie, że każdy jego krok był ciągnący się, krótki, wolny. Ziemia musiała się tutaj zamienić w smołę. Albo to wiatr był zbyt silny dla trzciny, nie pozwalając się jej podnieść i odlepić od ziemi po silnym deszczu. Ciężar na klatce piersiowej nasilił się. To te pazury musiały się przesunąć z jego gardła na serce i płuca, wbijając się w nie, zaciskając w garści. To był dopiero słaby uścisk. Dopiero się zaczynał.
- O to chodzi? O pieniądze? - Zatrzymał się, bo ta wędrówka była nieznośna. I wydawała się przy tym nie mieć najmniejszego sensu, jakby przed samą metą i tak miało się odbyć podstawienie nogi, przez którą by się przewrócił. Nie miał jednak na tyle odwagi, żeby skonfrontować teraz z Kieranem spojrzenie. To była jak gra z drapieżnikiem - masz ochotę rzucić się do biegu i do ucieczki, ale czy to tylko nie pobudzało apetytu gonitwy? - Mogę mu zwrócić co do galeona i z nawiązką. - W końcu powoli obrócił głowę w stronę Kierana. - Ale polecałbym uważać, panu, panie Avery i Dantemu również. - Ściszył głos. Po to, żeby nie drżał. Żeby czasem mu się nie załamał w trakcie. - Jemu udało się uniknąć raz więzienia. Wielu jego współpracownikom już nie.