17.12.2023, 20:53 ✶
Podziękowała krótko skrzatce, zanim ta zniknęła i sięgnęła po kawę. Bez dodawania mleka czy cukru; ot, po prostu czarna, zwykła, najzwyklejsza kawa. Skinęła też lekko głową – w istocie, nie próżnowały. Nie mogły wręcz. A uśmiech towarzyszył stwierdzeniu, że na pewno posmakuje – cóż, w opinii Bones, ja najbardziej powinno.
- Otóż to – westchnęła cicho, z pewnym żalem. Znaczy, to nie tak, że sama przecież często-gęsto poświęcała pracy znacznie więcej czasu niż by należało, ale czasem jednak przychodził taki moment, kiedy się chciało rzucić wszystko w cholerę i wynieść się jak najdalej stąd. A wtedy naprawdę przydałby się dłuższy urlop niż te parę dni; trudno, pozostawało jednak zacisnąć zęby i maksymalnie wykorzystać to, co można było.
- Moim zdaniem warto szukać dalej, bo wciąż mam wrażenie, że wiemy o wiele za mało – przyznała, obejmując filiżankę dłońmi, niezmiennie zimnymi – W każdym razie, zwrócono nam uwagę, że Beltane nie może być przypadkową datą. To szczególny sabat, podobny do Samhain, więc jeśli czegoś próbować… to właśnie wtedy. Widocznie fakt, że granica jest wtedy najbardziej zatarta, ma jakieś znaczenie dla stanu, w którym się wszyscy znaleźliśmy. Ale, Victorio... – urwała na chwilę, zastanawiając się, jak ubrać w słowa to, co miała do przekazania – Jak on to ujął… Jest wiele rodzajów żywych trupów, różnią się pomiędzy sobą, ale je wszystko łączy jedno: utraciły źródło energii w sobie i czerpią je z innego miejsca. I prawdopodobnie to się stało z nami. Tyle że… jeśli wyczerpie się ta energia, to zniknie to, co nas przyćmiewa lub po prostu… umrzemy. I nawet jeśli spróbujemy w Samhain, to też będziemy ryzykować – wyrzekła w końcu.
- W zasadzie to nic, czego nie należałoby się spodziewać, prawda? – uśmiechnęła się blado, niewesoło. Śmierć była wpisana w ich zawód, w ten czy inny sposób. Bones swój testament miała od dawna i co jakiś czas aktualizowała; po prostu na wszelki wypadek. Ale teraz, gdy Śmierć tak wyraźnie zaglądała w oczy, już trochę inaczej się to wszystko widziało, prawda…?
Z drugiej strony, jak już się przekonała na własnej skórze, umieranie samo w sobie nie było takie straszne. Nie było się czego bać. Nie samego przejścia, bo jeśli chodziło o to, co – kogo – się tu zostawiało, to już całkiem inna sprawa.
- Zasugerował odnalezienie tego źródła energii… Chociaż sama nie wiem, jak o tym myślę, to chwilami mam wrażenie, że ktoś kogoś nie zrozumiał – co nie było takie nieprawdopodobne, skoro ekspert był Szwedem, a angielski bynajmniej nie zaliczał się do ojczystego – W każdym razie pewnym jest, że przypadek mój, twój i Patricka różni się od Atreusa. I trzeba podpytać kapłanki, bo to też może być klucz do zrozumienia tego, czym jesteśmy i gdzie jest nasze źródło – podsumowała z grubsza to, czego się dowiedziała podczas tego „urlopu” - Spróbuję pewnie złapać Arcykapłankę.
- Otóż to – westchnęła cicho, z pewnym żalem. Znaczy, to nie tak, że sama przecież często-gęsto poświęcała pracy znacznie więcej czasu niż by należało, ale czasem jednak przychodził taki moment, kiedy się chciało rzucić wszystko w cholerę i wynieść się jak najdalej stąd. A wtedy naprawdę przydałby się dłuższy urlop niż te parę dni; trudno, pozostawało jednak zacisnąć zęby i maksymalnie wykorzystać to, co można było.
- Moim zdaniem warto szukać dalej, bo wciąż mam wrażenie, że wiemy o wiele za mało – przyznała, obejmując filiżankę dłońmi, niezmiennie zimnymi – W każdym razie, zwrócono nam uwagę, że Beltane nie może być przypadkową datą. To szczególny sabat, podobny do Samhain, więc jeśli czegoś próbować… to właśnie wtedy. Widocznie fakt, że granica jest wtedy najbardziej zatarta, ma jakieś znaczenie dla stanu, w którym się wszyscy znaleźliśmy. Ale, Victorio... – urwała na chwilę, zastanawiając się, jak ubrać w słowa to, co miała do przekazania – Jak on to ujął… Jest wiele rodzajów żywych trupów, różnią się pomiędzy sobą, ale je wszystko łączy jedno: utraciły źródło energii w sobie i czerpią je z innego miejsca. I prawdopodobnie to się stało z nami. Tyle że… jeśli wyczerpie się ta energia, to zniknie to, co nas przyćmiewa lub po prostu… umrzemy. I nawet jeśli spróbujemy w Samhain, to też będziemy ryzykować – wyrzekła w końcu.
- W zasadzie to nic, czego nie należałoby się spodziewać, prawda? – uśmiechnęła się blado, niewesoło. Śmierć była wpisana w ich zawód, w ten czy inny sposób. Bones swój testament miała od dawna i co jakiś czas aktualizowała; po prostu na wszelki wypadek. Ale teraz, gdy Śmierć tak wyraźnie zaglądała w oczy, już trochę inaczej się to wszystko widziało, prawda…?
Z drugiej strony, jak już się przekonała na własnej skórze, umieranie samo w sobie nie było takie straszne. Nie było się czego bać. Nie samego przejścia, bo jeśli chodziło o to, co – kogo – się tu zostawiało, to już całkiem inna sprawa.
- Zasugerował odnalezienie tego źródła energii… Chociaż sama nie wiem, jak o tym myślę, to chwilami mam wrażenie, że ktoś kogoś nie zrozumiał – co nie było takie nieprawdopodobne, skoro ekspert był Szwedem, a angielski bynajmniej nie zaliczał się do ojczystego – W każdym razie pewnym jest, że przypadek mój, twój i Patricka różni się od Atreusa. I trzeba podpytać kapłanki, bo to też może być klucz do zrozumienia tego, czym jesteśmy i gdzie jest nasze źródło – podsumowała z grubsza to, czego się dowiedziała podczas tego „urlopu” - Spróbuję pewnie złapać Arcykapłankę.