18.12.2023, 01:49 ✶
Poranki bywały ciężkie. Szczególnie kiedy byłeś człowiekiem, którego poranki zaczynały się zwykle około godziny czternastej, aktualnie był dopiero kwadrans po dwunastej, a ty już wędrowałeś Ulicą Pokątną. Kupił im już wszystko, czego potrzebowali, zrobił oczekiwane rzeczy i miał wreszcie wolne. To znaczy... tak naprawdę nie miał wolnego, ale wszyscy bardzo dobrze wiedzieli, że wysłany po jakieś szpargały wróci dopiero za kilka godzin, bo obierze jak najdłuższe ścieżki się tylko dało. Nikogo by pewnie nie zdziwiło, gdyby ze sklepu, w którym miał nakupować dziewczynom jakieś mydełka, zabłądziłby i do The Loft na kilka głębszych kieliszków, bo... Nie, nie było to normalnie, to na pewno nie było coś, co ktokolwiek chciałby wspierać, ale Flynn już po prostu tak funkcjonował i przez cztery lata wspólnego życia większości Bellów przyszło się do tego przyzwyczaić.
Nie kłamał, kiedy do nich wrócił - w nim nie było za bardzo czego ratować.
Randka w ciemno i wyjazd do Paryża - tak, to był jakiś temat rozmyślań i pewnie powinien być na tym skupiony, ale perspektywa tego wyjazdu wydawała mu się być bardzo odległa, a Lizzie, chociaż była bardzo uroczym człowiekiem, nie zawróciła mu w głowie w taki sposób, w jaki chciałaby tego tamta irytująca prezenterka... Znaczy, no dobra, ta prezenterka nie chciała absolutnie niczego i wróżył jej samobójstwo w maksymalnie dwudziestym siódmym roku życia, ale udawała, że jej zależało. Ciężko było ukryć, że ta pulchna, niziutka babeczka szukała sobie kogoś ciepłego i odpowiedzialnego (no dobrze, to były jego domysły, ale coś mu mówiło, że każdy by się tego domyślił), a Flynn może zimny nie był, ale za to był gorący i skrajnie nieodpowiedzialny. Nieco problematyczne było też to, że Alexander prawdopodobnie dostałby palpitacji serca, gdyby przygruchał sobie kogoś jej pokroju. Opcjonalnie, co prawdopodobnie zmusiłoby go do skoku z balkonu w przepaść toni wodnej, Lizzie stałaby się tą jego żoną, którą sobie Flynn wyobrażał w najgorszych koszmarach. I tyle będzie z ich zgniłej, zjełczałej relacji - naprawdę wyjedzie do Stanów Zjednoczonych i tyle go tutaj widzieli.
Aktualnie zamiast na tym skupił się na jak najszybszym opuszczeniu najbardziej zatłoczonej ulicy magicznego Londynu, zanim go tutaj dojrzy jego posrana eks dziewczyna. I wtedy usłyszał jej głos.
Głupio mu się zrobiło, że od razu zareagował na słowo „piekarz” i nawet chciał się wytłumaczyć, że poznał ją po głosie i to przywołało jego spojrzenie, ale to z kolei brzmiało, jakby miał się z czego tłumaczyć. Nie wiedząc, co zrobić, stał tak kilka długich sekund z rozdziabioną paszczą, jakby lada moment miało wydobyć się z niej cokolwiek, po czym odchrząknął.
- Słucham?
Nie wyglądał już tak elegancko jak wczoraj. Miał na sobie spodnie, które łatwo dało się pomylić z damskim krojem. Czarne. Koszulkę z krótkim rękawem. Obcisłą. Przylegającą do ciała. Czarną. Równie czarne buty. Włosy nieułożone, ewidentnie się z takimi obudził, ale też niewiele było z taką burzą loków do roboty... No i do tego torba - taka materiałowa, zakupowa, z napisem GOOD VIBES ONLY i szeregiem namalowanych farbką kwiatków.
Inteligentnie przejechał spojrzeniem po budynku, do którego był doczepiony ten ogródek. Był tak zaspany, jakby była piąta rano.
Nie kłamał, kiedy do nich wrócił - w nim nie było za bardzo czego ratować.
Randka w ciemno i wyjazd do Paryża - tak, to był jakiś temat rozmyślań i pewnie powinien być na tym skupiony, ale perspektywa tego wyjazdu wydawała mu się być bardzo odległa, a Lizzie, chociaż była bardzo uroczym człowiekiem, nie zawróciła mu w głowie w taki sposób, w jaki chciałaby tego tamta irytująca prezenterka... Znaczy, no dobra, ta prezenterka nie chciała absolutnie niczego i wróżył jej samobójstwo w maksymalnie dwudziestym siódmym roku życia, ale udawała, że jej zależało. Ciężko było ukryć, że ta pulchna, niziutka babeczka szukała sobie kogoś ciepłego i odpowiedzialnego (no dobrze, to były jego domysły, ale coś mu mówiło, że każdy by się tego domyślił), a Flynn może zimny nie był, ale za to był gorący i skrajnie nieodpowiedzialny. Nieco problematyczne było też to, że Alexander prawdopodobnie dostałby palpitacji serca, gdyby przygruchał sobie kogoś jej pokroju. Opcjonalnie, co prawdopodobnie zmusiłoby go do skoku z balkonu w przepaść toni wodnej, Lizzie stałaby się tą jego żoną, którą sobie Flynn wyobrażał w najgorszych koszmarach. I tyle będzie z ich zgniłej, zjełczałej relacji - naprawdę wyjedzie do Stanów Zjednoczonych i tyle go tutaj widzieli.
Aktualnie zamiast na tym skupił się na jak najszybszym opuszczeniu najbardziej zatłoczonej ulicy magicznego Londynu, zanim go tutaj dojrzy jego posrana eks dziewczyna. I wtedy usłyszał jej głos.
Głupio mu się zrobiło, że od razu zareagował na słowo „piekarz” i nawet chciał się wytłumaczyć, że poznał ją po głosie i to przywołało jego spojrzenie, ale to z kolei brzmiało, jakby miał się z czego tłumaczyć. Nie wiedząc, co zrobić, stał tak kilka długich sekund z rozdziabioną paszczą, jakby lada moment miało wydobyć się z niej cokolwiek, po czym odchrząknął.
- Słucham?
Nie wyglądał już tak elegancko jak wczoraj. Miał na sobie spodnie, które łatwo dało się pomylić z damskim krojem. Czarne. Koszulkę z krótkim rękawem. Obcisłą. Przylegającą do ciała. Czarną. Równie czarne buty. Włosy nieułożone, ewidentnie się z takimi obudził, ale też niewiele było z taką burzą loków do roboty... No i do tego torba - taka materiałowa, zakupowa, z napisem GOOD VIBES ONLY i szeregiem namalowanych farbką kwiatków.
Inteligentnie przejechał spojrzeniem po budynku, do którego był doczepiony ten ogródek. Był tak zaspany, jakby była piąta rano.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.