18.12.2023, 15:10 ✶
Traktowała warsztat jak ciasną, szklaną klepsydrę, w której czas nigdy nie ulegał zmianie – przez pomieszczenie przysypywały się ziarna tych samych, dawno zużytych minut, stłoczonych w szczelinach drewnianych lameli, wśród bliznowaciejących rys parkietu i bruzdach szarych listew. Podczas gdy miasto starzało się za drzwiami lokalu, zyskując nowe zmarszczki rdzawiących szyldów, sklep różdżkarski Ollivandera nie zmieniał się ani trochę – w kątach wciąż zbierały się sfora kurzu, z tyłu, za drzwiami stały metalowe stelaże urządzeń, a nad drzwiami od wielu dekad wisiał wciąż ten sam zegar. Była stałym meblem tego miejsca, a wirujące w powietrzu elementy unosiły się wokół niej jak wokół plemiennego pobratymca. Bo przecież tym właśnie była, żywą naroślą magicznej pracowni, w której przyszło jej zapuścić długie korzenie. Wielką tragedią byłoby ją wyciąć z tegoż miejsca, czyż nie?
— Dziękuję — powiedziała, kątem oka zezując na podarki. Wino. Jedno dla niej, drugie dla ojca. Delikatnie zmarszczyła czoło; z jakiegoś powodu fasada żalu, może zakłopotania, wdarła się na jej oblicze. Mrowie myśli, wyjątkowo zakamuflowanych i zaszyfrowanych starożytnym dialektem, przemarszowało przez jej czerep, nie zostawiając po sobie żadnego widzialnego śladu. Usta rozchylały się i już układały do kolejnych słów, ale w ostatnim momencie zaniechała dialogu. Nie, nie miała na to odwagi. Odłożyła wina na bok, wracając swą uwagą do Morpheusa.
— A skłamałeś kiedyś, żeby oszczędzić komuś troski?
Złapała jego spojrzenie, choć nie było to szczególnie trudne; nie mrugał często, cementując całego siebie rozmówcy. Pamiętała, że kiedyś ją to wyjątkowo krępowało, z czasem tylko trochę mroziło, teraz zaś tak wniknęło do tożsamości ich relacji, iż nie uważała tego za dziwaczność.
— Zerknę na nią, a Ty nie przeszkadzaj sobie.
Dotknęła jej. Za każdym razem czyniąc to samo, dotykając cudzego instrumentu, czuła że przekracza pewnego rodzaju cienką membranę, barierę intymności. Włókno ze smoczego serca w cisowym drzewie. Dużo, bardzo dużo ambiwalentnej energii przelewało się z drewnianego tworu na jej palce; uśmiechnęła się delikatnie pod nosem, kątem oka śledząc mocny rys jego twarzy, widmo skupienia na czole, oczy ciasno zmrużone.
Targnął nią osobliwy dreszcz nieznanej genezy. Pokręciła głową w zastanowieniu, wracając do przenikliwego badania różdżki.
— Dziękuję — powiedziała, kątem oka zezując na podarki. Wino. Jedno dla niej, drugie dla ojca. Delikatnie zmarszczyła czoło; z jakiegoś powodu fasada żalu, może zakłopotania, wdarła się na jej oblicze. Mrowie myśli, wyjątkowo zakamuflowanych i zaszyfrowanych starożytnym dialektem, przemarszowało przez jej czerep, nie zostawiając po sobie żadnego widzialnego śladu. Usta rozchylały się i już układały do kolejnych słów, ale w ostatnim momencie zaniechała dialogu. Nie, nie miała na to odwagi. Odłożyła wina na bok, wracając swą uwagą do Morpheusa.
— A skłamałeś kiedyś, żeby oszczędzić komuś troski?
Złapała jego spojrzenie, choć nie było to szczególnie trudne; nie mrugał często, cementując całego siebie rozmówcy. Pamiętała, że kiedyś ją to wyjątkowo krępowało, z czasem tylko trochę mroziło, teraz zaś tak wniknęło do tożsamości ich relacji, iż nie uważała tego za dziwaczność.
— Zerknę na nią, a Ty nie przeszkadzaj sobie.
Dotknęła jej. Za każdym razem czyniąc to samo, dotykając cudzego instrumentu, czuła że przekracza pewnego rodzaju cienką membranę, barierę intymności. Włókno ze smoczego serca w cisowym drzewie. Dużo, bardzo dużo ambiwalentnej energii przelewało się z drewnianego tworu na jej palce; uśmiechnęła się delikatnie pod nosem, kątem oka śledząc mocny rys jego twarzy, widmo skupienia na czole, oczy ciasno zmrużone.
Targnął nią osobliwy dreszcz nieznanej genezy. Pokręciła głową w zastanowieniu, wracając do przenikliwego badania różdżki.