Ach, historia Perły... była smutna. I tak dramatycznie prawdziwa i realna w swoich żalach, rozterkach i miłostkach, że człowiek zaczynał się zastanawiać, ile takich historii działo się w zaciszu domów, gdzie nikt nie wygrał w karty naszyjnika z pereł. Gdzie nie było potężnej, czarnej magii. Gdzie obskurus nie uciekał przed swoim piętnem. Laurent przyglądał się przez moment Erikowi, którego zagadywał Patrick w tym samym czasie, co w zasadzie rozmawiali ze sobą wzajem. Nie chciał jednak wtrącać się do ich konwersacji, dlatego jego oczy zaraz przebiegły po otoczeniu, żeby nie wyszło kłopotliwie. Żeby nadmiernie się nie przysłuchiwać. Tak spojrzał na Thomasa, który dołączył do dwójki panów, jak i potem na białą kotkę i samą Norę, która postanowiła się nią zająć - chyba już uspokojoną kotkę po jej ekscesach. Ale w końcu wrócił spojrzeniem do Patricka, podnosząc się ze swojego miejsca jednocześnie.
- Naprawdę... - Ni to stwierdził, ni to zapytał, spoglądając w kierunku Eryka, potem Brenny. Naprawdę to było to samo? Może dlatego, że nie miał najlepszego zdrowia, a może dlatego, że podzielił swoją własną energię widział to inaczej. Albo oba na raz. Mógłby być liściem na wietrze - szczególnie przy Brennie. Przy niej chyba każdy takim liściem mógł być. Spojrzałn a spokojną, przyjazną twarz aurora, którym był Patrick Steward. Może to głupie, a może nie, ale było w nim coś, co przynosiło człowiekowi ukojenie. Parę spojrzeń nieokutych żadnych ciężarem, pomimo tego, że temat przecież wcale nie był lekki. Przywodził przed oczy te okrutne i okropne obrazy śmierci i straty. - Tak. Trafił pan. - Uśmiechnął się łagodnie. Lubił tę grę. W te zgadywanki, w strzelanie, w próby dowiedzenia się, co jest prawdą a co nie czyniąc założenia. Stał się właśnie jej ofiarą, choć zazwyczaj sam w nią grał. Nie miał w końcu pojęcia o tym, że mężczyzna, tak jak Atreus, posiadał niezwykły dar, żeby widzieć więcej niż widziało przeciętne oko ludzkie. - Przypadek ściągnął mnie i Brennę w to samo miejsce... albo może powołanie. Tylko każdego z nas - inne powołanie. - Bo jego ściągnęła pieśń morza. Ta, której opierać się nie chciał. Skinął mu głową i ruszył w kierunku Nory.
- Mógłbym cię prosić na słówko? - Zapytał, zatrzymując się przy blondynce. Takie bardziej dyskretne słówko. Jeśli tylko się zgodziła, żeby odejść te dwa czy trzy kroki od stołu to ujął delikatnie jej dłoń, by spojrzeć w te ciepłe, choć zmęczone ostatnimi czasy oczy. - Droga Noro... nie wiedziałem, co powinienem ci sprezentować na urodziny, dlatego pokusiłem się na prezent, na który, mam nadzieję, że się zgodzisz. - Wyciągnął kopertę, taką sporą, z kieszeni, by ją otworzyć i wyciągnąć z niej bilety. A to nie było wszystko, co tam było. Bo koperta zawierała wszystko, co niezbędne, do wycieczki, jaką Laurent przygotował. - Zorganizowałem dla ciebie wyjazd z córką do Francji. Do Marsylii. Zapewniano mnie, że to kolebka najlepszego cukiernictwa świata. - Uśmiechnął się delikatnie. Sam się na tym nie znał, nawet nie był łasuchem. - Umówiłem was do niektórych restauracji z prośbą o spotkanie z tamtejszymi mistrzami cukiernictwa... nie wiem, czy twoja córeczka przejęła pasję po mamusi, ale pomyślałem, że sprawi ci to przyjemność. - Wsunął bilety z powrotem i zamknął kopertę już w dłoniach Nory. - Natomiast wycieczka wymaga dopełnienia formalności... przyniósłbym jedynie dokumenty. O ile masz czas i możliwość wybrania się na takową. Wiem, że takie decyzje zazwyczaj nie są... proste. - Że się ich nie podejmuje podczas skakania na jednej nodze. Tym nie mniej teraz spoglądał i czekał na jej reakcje. Czy się spodoba, czy jednak nie spodoba. Czy tak czy nie. Dobry pomysł? Słaby? Zasłużyła przecież na to, żeby w końcu mieć trochę czasu dla siebie. Albo dla siebie i kogoś, kto by pojechał z nią. - Jeśli chciałabyś z kimś się wybrać to nie problem domówić jeszcze jedno miejsce. - Dodał, bo może akurat Nora wypatrzyła kogoś, dla kogo zabiłoby jej serce? Albo chciałaby się wybrać chociażby z kimś bliskim, kimś z rodziny czy z przyjaciółką.