20.11.2022, 17:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.07.2023, 12:32 przez Brenna Longbottom.)
Tego dnia Brenna faktycznie trochę się nudziła. Było to zaskakujące, bo od listopada roku 1970 takie dni zdarzały się bardzo rzadko. Zasadniczo rzadko się zdarzało, że wychodziła z pracy o czasie: czasem zostawała dziesięć minut, czasem pięć godzin, ale była to norma. Oczywiście, nigdy nie brakowało spraw - zawsze ktoś okradł sąsiada, napadł na mugola, żeby zabrać mu gotówkę, nadmuchał swoją ciotkę albo źle zaparkował miotłę, pojawienie się Voldemorta niewiele zmieniło w tej kwestii - w ostatnich miesiącach jednak wszystko... eskalowało, a do Brygady wpadało o wiele więcej dziwacznych śledztw niż kiedykolwiek. (A przynajmniej takie były obserwacje Brenny, choć może to ona zaczęła przyciągać te dziwne śledztwa.)
O dziwo, tym razem od samego rana panował spokój. Wczoraj zamknęła dwie sprawy. Nowa, przydzielona jej rano, znalazła rozwiązanie w ciągu zaledwie dziesięciu minut, gdy zapłakany chłopiec przyznał, że to on ukradł miotłę ojca. Młodzi Brygadziści, przydzieleni do patroli w magicznym Londynie, przynieśli jej raporty, ale jak odkryła ze zdumieniem - nie musiała nawet sprawdzać w nich przecinków, zanim pójdą wyżej, bo wyjątkowo trafił się ktoś, kto naprawdę potrafił pisać po angielsku. Siedziała więc właśnie z pączkiem w jednym ręku, i z raportem z jakiejś starej sprawy, w której korzystając z chwili wolnego od pilniejszych spraw postanowiła pogrzebać, w drugim, gdy Patrick zajrzał do Biura.
- Aż tak bardzo to widać? Czyżbym tak mocno nie dawała żyć innym, bo nie mam zajęcia? - spytała Brenna, trochę niewyraźnie, bo próbowała jednocześnie przegryźć kawałek pączka. Zamknęła teczkę i jedną ręką umieściła w szufladzie, by potem zatrzasnąć ją na klucz. Fakt, że do biura wpadał po nią auror, nie był jakoś mocno zaskakujący. Czasem BUM "dzielił się" nią z Biurem Aurorskim. Nie ze względu na jakieś niesamowite zdolności, a czysty przypadkiem, jakim było odziedziczenie talentów widmowidzenia. Longbottom niby nie opowiadała o tym na prawo i lewo, ale nie byłaby sobą, gdyby nie wykorzystywała tych zdolności w służbie prawa i porządku. Szefowa aurorów wiedziała i czasem komuś ją podsumował.
Patrick oczywiście też. Nie tylko jako auror. I on mógł być pewny, że zawsze użyje widmowidzenia, gdy będzie mu to potrzebne, nie tylko służbowo.
Sądząc po ostatnich słowach, jakie Steward wypowiedział, był to właśnie ten przypadek.
- Pewnie, że polecę z tobą. Zawsze gotowa do akcji i takie tam. Kim jest Emily Hill? - spytała jeszcze, pakując sobie do ust szybko resztę pączka i otrzepując palce z lukru. Nie kojarzyła ani imienia, ani nazwiska. Nie wpadła na to, że ta jest charłaczką: raczej w pierwszej chwili pomyślała "dużo młodsza lub dużo starsza". Pochyliła się nad wskazaną jej karteczką, starając się zapamiętać koordynaty, aby przypadkiem nie wylądować na drugim końcu Anglii. Hm... tego miejsca też nie kojarzyła - Mówiłeś już mojemu przełożonemu, czy zostawić mu informację?
Jeśli go powiadomił - była gotowa aportować się natychmiast, gdy tylko weźmie płaszcz.
O dziwo, tym razem od samego rana panował spokój. Wczoraj zamknęła dwie sprawy. Nowa, przydzielona jej rano, znalazła rozwiązanie w ciągu zaledwie dziesięciu minut, gdy zapłakany chłopiec przyznał, że to on ukradł miotłę ojca. Młodzi Brygadziści, przydzieleni do patroli w magicznym Londynie, przynieśli jej raporty, ale jak odkryła ze zdumieniem - nie musiała nawet sprawdzać w nich przecinków, zanim pójdą wyżej, bo wyjątkowo trafił się ktoś, kto naprawdę potrafił pisać po angielsku. Siedziała więc właśnie z pączkiem w jednym ręku, i z raportem z jakiejś starej sprawy, w której korzystając z chwili wolnego od pilniejszych spraw postanowiła pogrzebać, w drugim, gdy Patrick zajrzał do Biura.
- Aż tak bardzo to widać? Czyżbym tak mocno nie dawała żyć innym, bo nie mam zajęcia? - spytała Brenna, trochę niewyraźnie, bo próbowała jednocześnie przegryźć kawałek pączka. Zamknęła teczkę i jedną ręką umieściła w szufladzie, by potem zatrzasnąć ją na klucz. Fakt, że do biura wpadał po nią auror, nie był jakoś mocno zaskakujący. Czasem BUM "dzielił się" nią z Biurem Aurorskim. Nie ze względu na jakieś niesamowite zdolności, a czysty przypadkiem, jakim było odziedziczenie talentów widmowidzenia. Longbottom niby nie opowiadała o tym na prawo i lewo, ale nie byłaby sobą, gdyby nie wykorzystywała tych zdolności w służbie prawa i porządku. Szefowa aurorów wiedziała i czasem komuś ją podsumował.
Patrick oczywiście też. Nie tylko jako auror. I on mógł być pewny, że zawsze użyje widmowidzenia, gdy będzie mu to potrzebne, nie tylko służbowo.
Sądząc po ostatnich słowach, jakie Steward wypowiedział, był to właśnie ten przypadek.
- Pewnie, że polecę z tobą. Zawsze gotowa do akcji i takie tam. Kim jest Emily Hill? - spytała jeszcze, pakując sobie do ust szybko resztę pączka i otrzepując palce z lukru. Nie kojarzyła ani imienia, ani nazwiska. Nie wpadła na to, że ta jest charłaczką: raczej w pierwszej chwili pomyślała "dużo młodsza lub dużo starsza". Pochyliła się nad wskazaną jej karteczką, starając się zapamiętać koordynaty, aby przypadkiem nie wylądować na drugim końcu Anglii. Hm... tego miejsca też nie kojarzyła - Mówiłeś już mojemu przełożonemu, czy zostawić mu informację?
Jeśli go powiadomił - była gotowa aportować się natychmiast, gdy tylko weźmie płaszcz.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.