18.12.2023, 22:58 ✶
Coś umarło w Severine; jakaś jej część, która buntowała się przeciwko światu, uparcie wciskając ją spodnie, których - jako damie - nosić jej nie wypadało. Ale czy każda śmierć musiała być opłakiwana? Nie, na pewno nie w tym wypadku, gdy błękitna sukienka w drobne białe grochy na grubych ramiączkach tak pięknie na niej leżała, nawet jeśli jej figura nie wpisywała się w kanony piękna. Gruby biały pasek i srebrny jedwabny szal odwracały od nich uwagę. No bo co z tego, że ma mały biust i wąską talię? Co z tego, że w wieku siedmiu lat usłyszała, że jej nogi są krzywe? Niechaj będą, a ona na złość wszystkim, którym to nie odpowiada, założy buty na obcasie, by jeszcze mocniej eksponować łydki!
— A ćpa? — zapytała odruchowo, by za chwilę odpowiedzieć sobie samej śmiechem. Oczywiście, że ćpał. Zapadnięta twarz, podkrążone oczy, papierowa skóra i dziwnym trafem znajomość z tymi samymi mętnymi typami, którzy byli w stanie załatwić Severine to i owo. Swój pozna swego, jak to mówią. Poza tym, zdziwiłaby się, gdyby Loretta obdarzyła uczuciami miłego chłopca, który co niedzielę chodzi do kowenu i jeszcze, nie daj Merlinie, ją szanuje — Nie wiem, posiadanie narkotyków? Jeśli Brygada przetrzepie jego mieszkanie, może znajdzie coś jeszcze. Myślisz, że może opisywać swoje spierdolone akcje w pamię... — urwała i spojrzała na przyjaciela — Myślisz, że ten przyjeb w ogóle umie pisać?
Zaraz jednak złośliwy uśmiech zgasł na jej twarzy. Nie tylko on przyszedł tu się oczyścić.
— Louvainie — zwróciła się do niego jego pełnym imieniem, co oznaczało, że zamierzała powiedzieć mu coś śmiertelnie poważnego — Niekiedy czuję, że nie mam już sił o nią walczyć. Mogę bezustannie próbować jej tłumaczyć, że robi sobie krzywdę, że ONI robią jej krzywdę, ale na koniec dnia wychodzę na tę złą, która się wpierdala tak, gdzie jej nie chcą, a Loretta zrobi swoje.
Usiadła na brzegu swojego fotela i pochyliła się w stronę mężczyzny, ujmując jego dłoń w swoje kościste palce. Zdziwiła się nieco, że nosi skórzane rękawiczki w środku upalnego lata, ale kimże była Severine, by kogokolwiek oceniać? Gdyby Merkuria Rosier zajrzała do jej szafy, zemdlałaby z wrażenia. Bynajmniej pozytywnego.
— Skarbie — kiedy mówiła mu tak słodko, mógł być pewien, że zaraz z jej ust padnie prośba lub przykra prawda; Louvain nie musiał szczególnie wytężać umysłu, by dowiedzieć się, co zamierza powiedzieć Severine - a dokładniej tego, jaki wydźwięk będzie miała jej wypowiedź — Zniszczę dla was każdego, wiesz o tym, prawda? Ale to nic nie da. Załóżmy, że hipotetycznie, znajdę na tego pajaca Mulcibera coś grubego i wyślemy go na randkę z Dementorem. Co dalej? Loretta znajdzie kolejnego chuja, może nawet jeszcze gorszego, niż Mulciber, czy Yaxley, czy ci wszyscy przed nimi. Myślę... — urwała, wodząc palcami po śliskiej skórze jego rękawiczek — Wydaje mi się, że powinniśmy... Och, nie bądź na mnie zły, mam na względzie tylko jej dobro, ale może powinniśmy ją skonsultować z jakimś magipsychiatrą? To, że wybiera takich mężczyzn, jest jakąś formą autoagresji. A ja... nie mogę być zawsze przy niej i ratować ją przed samą sobą. Muszę być teraz ostrożniejsza i nie robić sobie więcej wrogów, niż to konieczne.
Zdawszy sobie sprawę z tego, że za dużo powiedziała, postanowiła płynnie zmienić temat.
— Bardzo boli? — zapytała, bez pytania zdejmując jego okulary. Ujęła jego twarz w dłonie - och, jakże zimna była jego skóra, tak niepodobna do niego! Severine jednak w żaden sposób tego nie skomentowała, co oznaczało, że albo jej dotychczas cięty jak brzytwa umysł wymagał ponownego naostrzenia, albo doświadczenie podpowiadało jej, że niektórych spraw nie powinno się poruszać. Zdjęła swój jedwabny szal pachnący jej perfumami i okryła nim Louvaina, jakby naiwnie liczyła, że ten cienki kawałek materiału w jakiś sposób zmieni temperaturę jego ciała. A potem pochyliła się nad mężczyzną i pocałowała go w łuk brwiowy w miejscu, gdzie zaczynała się opuchlizna.
— A ćpa? — zapytała odruchowo, by za chwilę odpowiedzieć sobie samej śmiechem. Oczywiście, że ćpał. Zapadnięta twarz, podkrążone oczy, papierowa skóra i dziwnym trafem znajomość z tymi samymi mętnymi typami, którzy byli w stanie załatwić Severine to i owo. Swój pozna swego, jak to mówią. Poza tym, zdziwiłaby się, gdyby Loretta obdarzyła uczuciami miłego chłopca, który co niedzielę chodzi do kowenu i jeszcze, nie daj Merlinie, ją szanuje — Nie wiem, posiadanie narkotyków? Jeśli Brygada przetrzepie jego mieszkanie, może znajdzie coś jeszcze. Myślisz, że może opisywać swoje spierdolone akcje w pamię... — urwała i spojrzała na przyjaciela — Myślisz, że ten przyjeb w ogóle umie pisać?
Zaraz jednak złośliwy uśmiech zgasł na jej twarzy. Nie tylko on przyszedł tu się oczyścić.
— Louvainie — zwróciła się do niego jego pełnym imieniem, co oznaczało, że zamierzała powiedzieć mu coś śmiertelnie poważnego — Niekiedy czuję, że nie mam już sił o nią walczyć. Mogę bezustannie próbować jej tłumaczyć, że robi sobie krzywdę, że ONI robią jej krzywdę, ale na koniec dnia wychodzę na tę złą, która się wpierdala tak, gdzie jej nie chcą, a Loretta zrobi swoje.
Usiadła na brzegu swojego fotela i pochyliła się w stronę mężczyzny, ujmując jego dłoń w swoje kościste palce. Zdziwiła się nieco, że nosi skórzane rękawiczki w środku upalnego lata, ale kimże była Severine, by kogokolwiek oceniać? Gdyby Merkuria Rosier zajrzała do jej szafy, zemdlałaby z wrażenia. Bynajmniej pozytywnego.
— Skarbie — kiedy mówiła mu tak słodko, mógł być pewien, że zaraz z jej ust padnie prośba lub przykra prawda; Louvain nie musiał szczególnie wytężać umysłu, by dowiedzieć się, co zamierza powiedzieć Severine - a dokładniej tego, jaki wydźwięk będzie miała jej wypowiedź — Zniszczę dla was każdego, wiesz o tym, prawda? Ale to nic nie da. Załóżmy, że hipotetycznie, znajdę na tego pajaca Mulcibera coś grubego i wyślemy go na randkę z Dementorem. Co dalej? Loretta znajdzie kolejnego chuja, może nawet jeszcze gorszego, niż Mulciber, czy Yaxley, czy ci wszyscy przed nimi. Myślę... — urwała, wodząc palcami po śliskiej skórze jego rękawiczek — Wydaje mi się, że powinniśmy... Och, nie bądź na mnie zły, mam na względzie tylko jej dobro, ale może powinniśmy ją skonsultować z jakimś magipsychiatrą? To, że wybiera takich mężczyzn, jest jakąś formą autoagresji. A ja... nie mogę być zawsze przy niej i ratować ją przed samą sobą. Muszę być teraz ostrożniejsza i nie robić sobie więcej wrogów, niż to konieczne.
Zdawszy sobie sprawę z tego, że za dużo powiedziała, postanowiła płynnie zmienić temat.
— Bardzo boli? — zapytała, bez pytania zdejmując jego okulary. Ujęła jego twarz w dłonie - och, jakże zimna była jego skóra, tak niepodobna do niego! Severine jednak w żaden sposób tego nie skomentowała, co oznaczało, że albo jej dotychczas cięty jak brzytwa umysł wymagał ponownego naostrzenia, albo doświadczenie podpowiadało jej, że niektórych spraw nie powinno się poruszać. Zdjęła swój jedwabny szal pachnący jej perfumami i okryła nim Louvaina, jakby naiwnie liczyła, że ten cienki kawałek materiału w jakiś sposób zmieni temperaturę jego ciała. A potem pochyliła się nad mężczyzną i pocałowała go w łuk brwiowy w miejscu, gdzie zaczynała się opuchlizna.