Aydaya była umówiona, aby odwiedzić Laurenta w jego przybytku, szumnie przez niego zwanym Rezerwatem. Zdaniem kobiety, póki co to do takiego mógł co najwyżej aspirować za kilka lat i sporo zewnętrznych dotacji później. Chociaż oficjalnie New Forest działało pod egidą rodu Prewett, to w istocie było zakursem jej syna aby uniezależnić się od rodowej fortuny i uczynić w tym świecie coś swojego. O ile mogła rozumieć potrzebę wykazania się poprzez ciężką pracę rąk własnych, o tyle uważała, że zupełnie zbytecznym było pozyskiwanie jakichś bliżej nienazwanych zewnętrznych sponsorów. Była pewna, że przy przedstawieniu odpowiedniego biznesplanu i wprowadzenie ewentualnych zmian i poprawek, nakłoniłoby Edwarda do przeznaczenia pewnych funduszy na otwarcie Rezerwatu.
No cóż, rzecz już była, więc pani Prewett postanowiła, że zamiast na siłę próbować przemówić swoim mężczyznom do rozumów, może sama obejmie New Forest swoim cichym patronatem. Od jakiegoś czasu już szukała sposobu aby choć powierzchownie zakopać dzielący ją z synem wąwóz - co prawda Laurent nigdy nie spełnił w stu procentach jej oczekiwań co do niego - zbyt delikatny, zbyt kruchy, zbyt inny - ale wierzyła, że skoro Edward nadał mu ich nazwisko, to zasługiwał na traktowanie jak każdy inny Prewett. A każdemu innemu Prewettowi w takiej sytuacji zaoferowała by parę dobrych rad i być może po ich wprowadzeniu zaoferowałaby transfer jednego z okazów z Magicznej Oranżerii jej ojca. Nie wszystkie stworzenia przyjęłyby się w brytyjskim klimacie, ale była pewna że znalazłyby się takie, które stanowiłyby znakomity dodatek do Rezerwatu New Forest.
Zapowiedziała się oczywiście, miała być dopiero późnym popołudniem, ale tak się złożyło, że znajoma, która miała ją odwiedzić na herbatę (i oczywiście najświeższe informacje ze świata rodzin czystokrwistych) nie pojawiła się - usprawiedliwiając nieobecność sprawami rodzinnymi. Tak więc Aydaya została pozostawiona z dość dużą ilością wolnego czasu, a ponieważ pogoda - jak na kwiecień w Walii - nie była najgorsza, postanowiła odwiedzić syna wcześniej, korzystając z wolnej chwili. Nie zaprzątała sobie głowy zmianą godziny rezerwacji, zresztą czy matka musiała specjalnie zapowiadać się synowi, że go odwiedzi? No właśnie, oczywście, że nie.
Po dotarciu do New Forest - oczywiście na grzbiecie swojego rumaka, co było jej preferowanym sposobem podróży - przekazała wodze jakiemuś pracownikowi. Zaraz też podszedł do niej Alexander, informując ją, że wiedział o jej przybyciu, ale nie spodziewano się jej dokładnie o tej godzinie. "Nonsens, jestem pewna, że Laurent z chęcią mnie przyjmie." oznajmiła, kierując się w stronę budynku, który był biurem rezerwatu. Była tu już wcześniej, raz lub dwa razy, ale musiała przyznać że miejsce to znacznie się od tamtego czasu rozrosło. Mężczyzna podążył za nią, przekonując ją, że być może lepiej byłoby, gdyby obejrzała stajnie a może chciałaby zaczekać chwilę w pomieszczeniu obok i wypić herbatę. Aydaya jednak uważała tego typu konwenanse za zbyteczne. Gdyby miała odwiedzić kogoś kto nie był członkiem jej rodziny, to zapewne przede wszystkim nie byłaby wcześniej - byłoby to nieuprzejme i niezgodne z etykietą. Jej dzieci jednak powinni być gotowe znosić jej obecność wtedy, kiedy ona sobie jej zażyczyła przede wszystkim...
... przystanęła, nieco zdziwiona, słysząc za drzwiami gabinetu Laurenta głosy dwóch osób. Dwojga ludzi. Jego i drugi, kobiecy. Uciszyła jednym ruchem ręki Alexandra, który już otwierał usta żeby się odezwać i przyłożyła palec do własnych ust, sygnalizując, że powinien pozostać cicho. Przez chwilę stała tak pod drzwiami, chłonąc monolog dziewczęcia - skierowany ani chybi do uszu jej niesfornego sercowo przysposobionego syna. Nie dlatego, że była wścibska, o nie! Aydaya Prewett Buruk nie miała w swym życiu miejsca na wścibstwo. Bycie dobrze poinformowanym, o mniej i bardziej głośnych sprawach ludzi wokół nie było tym samym co pospolite wścibstwo. I była gotowa walczyć z tym, kto zarzuci jej cokolwiek innego.
W końcu miała już dość ckliwych wyznań, aby mniej więcej zrozumieć sytuację, w którą zamierzała wkroczyć. Z właściwym sobie animuszem otwarła drzwi z uśmiechem na twarzy i otwartymi ustami, jak gdyby chciała się przywitać i zamarła, widząc, że Laurent nie jest sam. Miała na sobie przylegające spodnie do jazdy konnej, kowbojskie buty, czarną bluzkę z długimi rękawami sznurowaną na piersi i włosy upięte w grabny kok. Płaszcz, którego zdążyła się już pozbyć, znajdował się w rękach Alexandra.
- Och, wybaczcie moi drodzy! Zupełnie nie chciałam wam przeszkodzić. Byłam umówiona na spotkanie z synem i pomyślałam, że wpadnę nieco wcześniej. Laurent, przedstawisz mnie tej pięknej, młodej damie? - rozszczebiotała się, cała w uśmiechach, natychmiast przejmując kontrolę nad sytuacją. Doprawdy, z tak apodyktycznymi rodzicami dziw brał, że Laurent nie został całkowitym niemową.
- Aydaya Prewett, mama tego tutaj kawalera. - dodała, wyciągając dłoń w stronę dziewczyny, aby ją uścisnąć, niezależnie od tego czy Laurent faktycznie postanowił ją przedstawić.
![[Obrazek: 95d2a6be96822749cf05e777388d9bf25c7c9f8e.gif]](https://64.media.tumblr.com/cb39096f22490449ce8b7bd8a9e92dcf/e8cefd97277fd265-37/s540x810/95d2a6be96822749cf05e777388d9bf25c7c9f8e.gif)
"Istota nadziemska,
bo przecież żadnej innej nie pokochałby Edward Prewett."
— Laurent Prewett