20.11.2022, 19:36 ✶
Trafił przypadkiem z tym nudzeniem się, ale też z jakiegoś powodu próbował przedstawić sprawę jako lżejszą niż o niej sam myślał. Uniósł brwi do góry, wzrok kierując bezpośrednio na nadgryzionego przez Brenną pączka.
- Czyli nie dasz się przy okazji wyciągnąć na jakąś kawę – podsumował. Z jakiegoś powodu, chciał odwlec w czasie sprawdzanie domu Emily Hill. I jak szeroko by się nie uśmiechał, to jeszcze przed wejściem do pokoju zdążył rozpiąć górny guzik koszuli, jakby kołnierzyk pił go w szyję.
Steward pokręcił głową. Lubił w Brennie to, że tak szybko podejmowała decyzję. Pewnie zdarzało jej się potem czasem płacić za to wysoką cenę, ale przynajmniej dla Patricka wiele jej podejście ułatwiało. Sam był więcej niż pewien, że gdyby wybrał do pomocy kogokolwiek innego, przez najbliższe pół godziny (albo i trzy), musiałby mu drobiazgowo tłumaczyć wszystkie zawiłości sprawy. Brenna tego nie potrzebowała. Była na tyle bystra by samodzielnie wyciągnąć większość wniosków i na tyle prędka by skupić się tylko na najistotniejszych szczegółach.
- To charłaczka. Czarna owca Hillów. Takie tam… - zmarszczył czoło. – Raczej nie miałaś okazji jej poznać. Z tego co wiem, dość szybko wyprowadziła się z domu, wcześniej posłano ją do jakiejś mugolskiej szkoły z internatem, zamieszkała na obrzeżach Londynu, potem zaszła w ciążę, urodziła syna, syn jest czarodziejem. To przez niego ojciec znowu zaczął utrzymywać z nią kontakty – opisał, czekając aż zbierze się do wyjścia. – Zostaw mu sama informację.
Koordynaty wskazywały na obrzeża Londynu. Na jedną z tych dzielnic, gdzie w gruncie rzeczy mieszkało sporo mugoli, kilku czarodziejów (raczej mieszanego pochodzenia). Wydawało się idealnie skrojone pod taką Emily Hill, charłaczkę, której nie chciała jej własna rodzina.
- Ojciec krzyczał, że był u niej, ale mu nie otworzyła. Ma syna, ale jakoś nie udaje mi się go namierzyć – ostatnie słowa powiedział dość cicho, jakby nie do końca chciał by wybrzmiało to, w taki sposób, o jakim pomyślał.
Ruszył z Brenną do miejsca, z którego mogli się bezpiecznie aportować.
- Czyli nie dasz się przy okazji wyciągnąć na jakąś kawę – podsumował. Z jakiegoś powodu, chciał odwlec w czasie sprawdzanie domu Emily Hill. I jak szeroko by się nie uśmiechał, to jeszcze przed wejściem do pokoju zdążył rozpiąć górny guzik koszuli, jakby kołnierzyk pił go w szyję.
Steward pokręcił głową. Lubił w Brennie to, że tak szybko podejmowała decyzję. Pewnie zdarzało jej się potem czasem płacić za to wysoką cenę, ale przynajmniej dla Patricka wiele jej podejście ułatwiało. Sam był więcej niż pewien, że gdyby wybrał do pomocy kogokolwiek innego, przez najbliższe pół godziny (albo i trzy), musiałby mu drobiazgowo tłumaczyć wszystkie zawiłości sprawy. Brenna tego nie potrzebowała. Była na tyle bystra by samodzielnie wyciągnąć większość wniosków i na tyle prędka by skupić się tylko na najistotniejszych szczegółach.
- To charłaczka. Czarna owca Hillów. Takie tam… - zmarszczył czoło. – Raczej nie miałaś okazji jej poznać. Z tego co wiem, dość szybko wyprowadziła się z domu, wcześniej posłano ją do jakiejś mugolskiej szkoły z internatem, zamieszkała na obrzeżach Londynu, potem zaszła w ciążę, urodziła syna, syn jest czarodziejem. To przez niego ojciec znowu zaczął utrzymywać z nią kontakty – opisał, czekając aż zbierze się do wyjścia. – Zostaw mu sama informację.
Koordynaty wskazywały na obrzeża Londynu. Na jedną z tych dzielnic, gdzie w gruncie rzeczy mieszkało sporo mugoli, kilku czarodziejów (raczej mieszanego pochodzenia). Wydawało się idealnie skrojone pod taką Emily Hill, charłaczkę, której nie chciała jej własna rodzina.
- Ojciec krzyczał, że był u niej, ale mu nie otworzyła. Ma syna, ale jakoś nie udaje mi się go namierzyć – ostatnie słowa powiedział dość cicho, jakby nie do końca chciał by wybrzmiało to, w taki sposób, o jakim pomyślał.
Ruszył z Brenną do miejsca, z którego mogli się bezpiecznie aportować.