19.12.2023, 11:00 ✶
Czy potrafiła przekonywać do siebie pacjentów? W zasadzie od lat musiała z nimi rozmawiać. Aparycja na pewno jej w tym pomagała, chociaż prawdę mówiąc potrafiła być też przekleństwem. Niektórzy nie chcieli słuchać kobiety - inni reagowali na nią nawet dość alergicznie. Ale to również hartowało charakter i zmuszało do odpowiedniego doboru słów, by przekazać to, co chciała, a i być może zmienić zdanie osoby, która nie chciała podjąć leczenia. Jak Ward. Nie każdego dało się przekonać, oczywiście, ale Delacour wychodziła z założenia, że zamiast bawić się w półsłówka lepiej jest postawić sprawę jasno. Wtedy rozmówca czuł, że jest partnerem do rozmowy, a nie królikiem doświadczalnym.
- To zrozumiałe - powiedziała łagodnie, zdając sobie sprawę z tego, w jakiej sytuacji się znalazł. Co ona zrobiłaby na jego miejscu? Czy w ogóle by to przeżyła? Czy szukałaby rozwiązania na własną rękę? A może zareagowałaby agresją, odpychając nieudolnych lekarzy od siebie, zirytowana, że obiecują jej gruszki na wierzbie, a wychodzi z tego jedno wielkie nic? Nie wiedziała. Była empatyczną osobą, ale nigdy nie potrafiła postawić się na miejscu ofiary. Rozumiała emocje i różne motywy, które takimi osobami kierowały, ale nigdy nie potrafiła tego odnieść do siebie, postawić się w ich sytuacji. Może i dobrze, może to była dobra cecha dla kogoś, kto wykonywał zawód taki, a nie inny.
Camille wyciągnęła z kieszeni kartonik z wypisanym na nim imieniem, nazwiskiem i adresem. Oczywiście że to nie był jej domowy adres, nie posiadała też własnego, osobnego gabinetu, ale współdzieliła go na takie wypadki z jedną ze znajomych. Nie wchodziły sobie w drogę, a przynajmniej próbowały. Czasem musiała więc przekładać spotkania, gdy tamta akurat zajmowała lokal. Nie pasowało jej to, ale nie mogła zaprosić kogoś pokroju Warda do siebie. I tak sporo ryzykowała, interesując się jego przypadkiem - po co ryzykować bardziej? Poza tym nie wyobrażała sobie kogoś takiego w jej prywatnej sferze.
- Tu jest adres. Niech pan najpierw pośle sowę, nawet jeżeli uzna pan, że woli z tym żyć - powiedziała, wręczając mu wizytówkę. A raczej coś na jej kształt. Raczej nie rozdawała ich byle komu na ulicy. - A nawet szczególnie, jeśli postanowi pan odmówić. Nie jestem osobą, która czeka w nieskończoność, panie Ward, ani tym bardziej osobą, która się komukolwiek narzuca. Proszę tu podpisać.
Podsunęła mu dla odmiany wypis. Skopiuje go później, będzie jej potrzebny, tak samo jak dokumenty dotyczące Tristana w ogóle. To nie było nic nielegalnego, ot, po prostu przepisze to, co "pamiętała". A że będzie wkuwać to wszystko po godzinach, to nikt jej nie zabroni. Nie tylko ona zainteresowała się tym przypadkiem, jego papiery latały z rąk do rąk, a gdy przechodził obok ktoś wyższy stopniem - były chowane za plecami. Chciałaby, by w Mungu pracowali sami profesjonaliści pod tym względem, ale wtedy pewnie zostałaby tylko garstka uzdrowicieli.
- Chyba że ma pan jakieś pytania?
- To zrozumiałe - powiedziała łagodnie, zdając sobie sprawę z tego, w jakiej sytuacji się znalazł. Co ona zrobiłaby na jego miejscu? Czy w ogóle by to przeżyła? Czy szukałaby rozwiązania na własną rękę? A może zareagowałaby agresją, odpychając nieudolnych lekarzy od siebie, zirytowana, że obiecują jej gruszki na wierzbie, a wychodzi z tego jedno wielkie nic? Nie wiedziała. Była empatyczną osobą, ale nigdy nie potrafiła postawić się na miejscu ofiary. Rozumiała emocje i różne motywy, które takimi osobami kierowały, ale nigdy nie potrafiła tego odnieść do siebie, postawić się w ich sytuacji. Może i dobrze, może to była dobra cecha dla kogoś, kto wykonywał zawód taki, a nie inny.
Camille wyciągnęła z kieszeni kartonik z wypisanym na nim imieniem, nazwiskiem i adresem. Oczywiście że to nie był jej domowy adres, nie posiadała też własnego, osobnego gabinetu, ale współdzieliła go na takie wypadki z jedną ze znajomych. Nie wchodziły sobie w drogę, a przynajmniej próbowały. Czasem musiała więc przekładać spotkania, gdy tamta akurat zajmowała lokal. Nie pasowało jej to, ale nie mogła zaprosić kogoś pokroju Warda do siebie. I tak sporo ryzykowała, interesując się jego przypadkiem - po co ryzykować bardziej? Poza tym nie wyobrażała sobie kogoś takiego w jej prywatnej sferze.
- Tu jest adres. Niech pan najpierw pośle sowę, nawet jeżeli uzna pan, że woli z tym żyć - powiedziała, wręczając mu wizytówkę. A raczej coś na jej kształt. Raczej nie rozdawała ich byle komu na ulicy. - A nawet szczególnie, jeśli postanowi pan odmówić. Nie jestem osobą, która czeka w nieskończoność, panie Ward, ani tym bardziej osobą, która się komukolwiek narzuca. Proszę tu podpisać.
Podsunęła mu dla odmiany wypis. Skopiuje go później, będzie jej potrzebny, tak samo jak dokumenty dotyczące Tristana w ogóle. To nie było nic nielegalnego, ot, po prostu przepisze to, co "pamiętała". A że będzie wkuwać to wszystko po godzinach, to nikt jej nie zabroni. Nie tylko ona zainteresowała się tym przypadkiem, jego papiery latały z rąk do rąk, a gdy przechodził obok ktoś wyższy stopniem - były chowane za plecami. Chciałaby, by w Mungu pracowali sami profesjonaliści pod tym względem, ale wtedy pewnie zostałaby tylko garstka uzdrowicieli.
- Chyba że ma pan jakieś pytania?