20.12.2023, 09:34 ✶
- Poważnie? A czemu miałyby udawać, że nie żyją? - spytała Brenna, unosząc manierkę do ust, by napić się wody.
Obserwowała Victorię, kiedy ta podeszła do wejścia do jaskini i sama również sięgnęła po różdżkę, by w razie czego móc reagować. Zresztą - ostatnimi dniami, gdy miała okazję, w ogóle zerkała na Lestrange nieco uważniej niż zwykle, tak samo jak na Mavelle i Patricka.
Rewelacje, które przywiozły z drugiego krańca Europy, nie były w końcu może niespodziewane, ale na pewno ani trochę pocieszająco.
Brenna chciałaby pomóc. Tyle że nie jedyne, co mogła zrobić, to próbować zorganizować wycieczkę gdzieś do Afryki, co samo w sobie nie było trudne, ale już zdobycie informacji, gdzie na czarnym lądzie szukać odpowiednich osób, było... nieco trudniejsze.
I nie miała pojęcia - ani o zerwanych zaręczynach, ani o dzisiejszym spotkaniu Victorii i Sauriela, ani o wielu innych rzeczach. Tym, o czym nie mówiły, a co je dręczyło, można by chyba w ostatnich miesiącach wypełnić hogwarckie jezioro.
Coś zalśniło przy wejściu do jaskini, iskierki pojawiły się i wygasły. Najwyraźniej faktycznie zabezpieczono to miejsce, ale Lestrange była na tyle dobra w magii rozpraszającej, aby zniszczyć tę barierę.
- W porządku... proponuję, by Pan Maruda został na razie na zewnątrz, na wypadek, gdyby coś zaczęło się ma nas walić i trzeba było wezwać pomoc albo gdyby była tam rozpadlina, do której mógłby mnie wepchnąć - powiedziała, podnosząc się. Wciąż z różdżką w dłoni ruszyła bliżej wejścia i mruknęła inkantację homenum revelio. Niby kryjówka powinna być opuszczona... Ale kto wie?
Kiedy nic się nie stało, powoli ruszyła do środka, rozświetlając różdżkę za pomoc lumos. Gdyby nie zaklęcie, zdjęte przez Victorię, Brenna pomyślałaby, że to zwykła grota: wąski korytarz wiódł w dół i nie dało się dostrzec żadnych oznak nie tylko bytności człowieka, ale też jego działalności. Na wszelki wypadek rzuciła po drodze kolejne zaklęcie rozpraszające, a i sprawdzała, czy przypadkiem nie wejdą zaraz w jakąś pułapkę... wyglądało jednak na to, że poza tą pierwszą barierą żadnych niespodzianek nie było.
Dopiero po dobrych kilkudziesięciu metrach dotarły do większej groty.
Pustej.
– Chyba mieli tu namiot, ale zdążyli go zwinąć – mruknęła Brenna, przykucając, by przyjrzeć się podłożu, które wyglądało tak, jakby coś w nie tak dawno temu wbito. Niewykluczone, że jeden z tych namiotów, w środku znacznie większych i wygodniejszych niż wydawałoby się z zewnątrz.
Strzeliło i Brenna nagle nie była już Brenną – a wilczycą. Zaczęła kręcić się po grocie, w poszukiwaniu śladów. Victoria mogła dostrzec, że po pierwsze wejście, którym tu weszły, nie było jedynym, a po drugie – coś błyszczącego pod jedną ze ścian…
Obserwowała Victorię, kiedy ta podeszła do wejścia do jaskini i sama również sięgnęła po różdżkę, by w razie czego móc reagować. Zresztą - ostatnimi dniami, gdy miała okazję, w ogóle zerkała na Lestrange nieco uważniej niż zwykle, tak samo jak na Mavelle i Patricka.
Rewelacje, które przywiozły z drugiego krańca Europy, nie były w końcu może niespodziewane, ale na pewno ani trochę pocieszająco.
Brenna chciałaby pomóc. Tyle że nie jedyne, co mogła zrobić, to próbować zorganizować wycieczkę gdzieś do Afryki, co samo w sobie nie było trudne, ale już zdobycie informacji, gdzie na czarnym lądzie szukać odpowiednich osób, było... nieco trudniejsze.
I nie miała pojęcia - ani o zerwanych zaręczynach, ani o dzisiejszym spotkaniu Victorii i Sauriela, ani o wielu innych rzeczach. Tym, o czym nie mówiły, a co je dręczyło, można by chyba w ostatnich miesiącach wypełnić hogwarckie jezioro.
Coś zalśniło przy wejściu do jaskini, iskierki pojawiły się i wygasły. Najwyraźniej faktycznie zabezpieczono to miejsce, ale Lestrange była na tyle dobra w magii rozpraszającej, aby zniszczyć tę barierę.
- W porządku... proponuję, by Pan Maruda został na razie na zewnątrz, na wypadek, gdyby coś zaczęło się ma nas walić i trzeba było wezwać pomoc albo gdyby była tam rozpadlina, do której mógłby mnie wepchnąć - powiedziała, podnosząc się. Wciąż z różdżką w dłoni ruszyła bliżej wejścia i mruknęła inkantację homenum revelio. Niby kryjówka powinna być opuszczona... Ale kto wie?
Kiedy nic się nie stało, powoli ruszyła do środka, rozświetlając różdżkę za pomoc lumos. Gdyby nie zaklęcie, zdjęte przez Victorię, Brenna pomyślałaby, że to zwykła grota: wąski korytarz wiódł w dół i nie dało się dostrzec żadnych oznak nie tylko bytności człowieka, ale też jego działalności. Na wszelki wypadek rzuciła po drodze kolejne zaklęcie rozpraszające, a i sprawdzała, czy przypadkiem nie wejdą zaraz w jakąś pułapkę... wyglądało jednak na to, że poza tą pierwszą barierą żadnych niespodzianek nie było.
Dopiero po dobrych kilkudziesięciu metrach dotarły do większej groty.
Pustej.
– Chyba mieli tu namiot, ale zdążyli go zwinąć – mruknęła Brenna, przykucając, by przyjrzeć się podłożu, które wyglądało tak, jakby coś w nie tak dawno temu wbito. Niewykluczone, że jeden z tych namiotów, w środku znacznie większych i wygodniejszych niż wydawałoby się z zewnątrz.
Strzeliło i Brenna nagle nie była już Brenną – a wilczycą. Zaczęła kręcić się po grocie, w poszukiwaniu śladów. Victoria mogła dostrzec, że po pierwsze wejście, którym tu weszły, nie było jedynym, a po drugie – coś błyszczącego pod jedną ze ścian…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.