Tristan był teraz w takim położeniu, że nie miał siły na cokolwiek. Nawet na życie. Żałoba po stracie rodziców nadal go trzymała. Został dosłownie sam. Co z tego, że miał jakieś koleżeńskie wsparcie z pracy i nieliczne po szkole Hogwart. Oni nie wypełnią mu tej pustki. Nie zastąpią mu straconych bliskich. Nie miał nawet rodzeństwa. Nie miał drugiej połówki. Był sam. Dosłownie, sam.
Uzdrowicielka Delacour była wyrozumiała, mimo swoich słów, w których brzmiała szczerze. Nie dawała żadnej stuprocentowej gwarancji, że mógłby odzyskać mowę, przez chodzenie do niej na leczenia. Dostawał wizytówki nawet psychologów, którzy woleliby, aby przychodził do nich na terapię, radzenia sobie z problemami psychicznymi. Potrzebował też eliksirów na sen. Nie zamknie oczu, kiedy w ciemności widzi obraz torturowanej matki. Ten koszmar nie opuszczał go. To były początki stadium bezsenności u niego. Nie praca wtedy była główną przyczyną, na którą zwalał winę, ale przeszłość. To, co przeżył. Jakimś cudem, przeżył.
Kobieta podała mu swoją wizytówkę, na którą Ward spojrzał. Imię, nazwisko, specjalizacja. Adres, gdzie mógłby wysłać Sowę z listem. Spojrzał na nią, kiedy prosiła o jakąkolwiek wiadomość od niego. Czy podejmie się leczenia, zrezygnuje, czy cokolwiek innego przyjdzie mu do głowy. Kiwnął głową, że przyjął do wiadomości. Pytań więcej nie miał, zatem przy kolejnym pokręcił głową, że nie ma pytań.
Na tym widocznie skończyła się rozmowa między nimi. Odłożył notes na łóżko, odbierając od kobiety podkładkę z wypisem. Gdy spojrzał na całą treść, rzeczywiście dużo się rozpisali. Nawet nie chciał tego czytać. Podpisał się, gdzie mu wskazała i oddał. Wypis otrzymał. Pożegnali się i Tristan na powrót został sam w pomieszczeniu. Chwilę jeszcze siedział, nim schował ostatnie swoje rzeczy, z otrzymaną wizytówką do torby. Upewnił się, że wszystko ma, włącznie z różdżką i wyszedł. Opuszczając dosłownie Szpital Świętego Munga.