21.12.2023, 21:04 ✶
Jeśli zwyczajność stroju faktycznie miała stać się synonimem braku zagrożenia, to ubiór Brenny faktycznie wskazywał na to, że miałaby problem z tym, aby zabrać dziecku słodką bułkę, nie mówiąc już o dokonaniu całej fali aresztowań. Dostrzegł cień zainteresowania w oczach kuzynki, jednak nawet przez myśl mu nie przeszło, że mogła to być oznaka bardzo intensywnych procesów myślowych, jakie zachodziły w głowie panny Longbottom.
— Właściwie ta Jenny to bardziej przyjaciółka mojej byłej dziewczyny niż moja — zdradził Rabastan, a jego głos lekko zadrżał. — Trzymały się ze sobą od lat, ale dosyć mocno darliśmy ze sobą koty. Nie przepadaliśmy za sobą. Miała problem ze mną, moim pochodzeniem, nawet moim krukiem. — Zacisnął wargi w wąską linię, powoli wypuszczając powietrze z ust. Edgar zakrakał donośnie, jakby wyczuwał, że o nim była mowa. — Odwdzięczałem się jej tym samym. Nie chciałem dać sobie wejść na głowę. Przez to jeszcze bardziej była na mnie cięta.
Starannie tańczył wokół faktu, że wspomnianej ex już od ponad roku nie było na tym świecie. To nie o nią chodziło w całej sprawie, jednak Lestrange czuł się zobowiązany uchylić, chociaż rąbek tajemnicy przed Brenną. Chciał załatwić sprawę nieoficjalnie, a przynajmniej tak, aby jego nazwisko nie widniało w dokumentach jako donosiciela. Czymś musiał opłacić swoją anonimowość, a szczerość czy zaufanie wydawały się całkiem niezłymi walutami.
— Moja była... — zawiesił głos, przesuwając językiem po zębach. Zgarbił się nieco, zbierając siłę na to, aby bezpośrednio odnieść się do sprawy. — Jej już tutaj nie ma. — Zerknął na Brennę, a ciężar jego wzroku mógłby równie dobrze przygwoździć ją do tej rozpadającej się ławki. — Odbiło się to na nas dosyć mocno. Dużo na siebie krzyczeliśmy, na pogrzebie... Na pogrzebie stałem z tyłu, żeby nie wywołać kolejnej awantury. Wytykaliśmy sobie, kto w tym wszystkim zawinił, aż w końcu zabrakło nam argumentów. Potem było trochę lepiej. Od tamtej pory sprawdzamy co jakiś czas czy sobie radzimy.
Nie pamiętał, kiedy ostatni raz był tak szczery. Na pewno nie podczas rozmowy z rodzicami. Przy nich non stop musiał naginać prawdę. Bellatriks? Wiedziała całkiem sporo na temat, co się działo w życiu prywatnym Rabastana, jednak przy niej kontemplował raczej kwestię nienawiści i rozliczenia tych, którzy zrobili ten jeden krok za daleko w zabawie z ludzkim życiem. Odchylił głowę, zerkając z niezadowoleniem w nieco poszarzałe niebo.
— Mieszka teraz z chłopakiem na Alei Horyzontalnej. Półkrwi. — Skrzywił się lekko, jakby właśnie zjadł kawałek cytryny. — Jakiś Cattermole. Chyba jacyś dalecy krewni głównej linii dziedziców. — Dobre rozeznanie w zawiłościach drzew genealogicznych było czymś, co zdaniem Rabastana oscylowało między obsesją a sztuką. A Rosalie przyjmowała zlecenia od najróżniejszych rodów. — Myślę, że ją bije. — Skrzywił się na brzmienie własnych słów, jednak i tak było to dosyć delikatne określenie. — Próbowałem ją ostatnio odwiedzić. Dobijałem się kilka minut, a kiedy już otworzyła drzwi, miała posiniaczoną twarz i wyglądała, cóż... Jak ofiara przemocy domowej.
Zlęknione spojrzenie, ledwo uchylone drzwi, nerwowe obracanie się za sobie, makijaż mający na celu ukryć zadrapania czy drobniejsze siniaki. Może Rabastan nie pracował w Brygadzie i nie widywał takich ludzi na co dzień, jednak był całkiem niezły w magii transmutacyjnej i posługiwał się metamorfomagią. Potrafił się domyślić, że ktoś próbuje coś ukryć lub zakryć. A wtedy czuł bardzo dużą ochotę na to, aby sprawdzić, czy Crucio dalej robi tak dobrą robotę. Kąciki jego ust uniosły się minimalnie na samą myśl.
— W każdym razie: zapewniła mnie, że wszystko jest w porządku, przełożyła spotkanie i praktycznie mnie wyprosiła z posesji. Poczekałem chwilę pod drzwiami. Zaczęły się krzyki, chyba coś nawet spadło ze ściany — kontynuował, zagryzając dolną wargę. — Potem wpadliśmy jeszcze na siebie na Pokątnej, kiedy... No, w nocy. — Skorygował swoją wypowiedź. — Miała rękę w temblaku. Najwyraźniej Cattermolowie specjalizują się nie tylko w odnowie mebli.
Nie potrafił powstrzymać się przed tym przytykiem. Czy powinien był „zachować się jak facet” i odegrać rolę bohatera? Może, ale nie był żadnym bohaterem. Poza tym pod względem postury drastycznie różnił się od przerośniętego Davida Cattermole'a. Z magią też bywało u niego różnie. Poza tym obawiał się, że nie wytrzyma presji i faktycznie sięgnie po magię, która... Nie była zbyt dobrze odbierana przez zwykłych ludzi. A gdyby Jenny wezwała służby, ciężko byłoby mu się z tego wszystkiego wytłumaczyć. To tylko sprawiłoby, że liczba dylematów Rabastana drastycznie by wzrosła.
— Chciałbym, żebyś się nim zajęła. Jeśli nie da się go zamknąć, to może przekonać jakoś Jennifer, żeby się stamtąd wyniosła. Osobiście wolałbym się raczej pozbyć agresora. — Zrobił pauzę, jakby nie przemyślał dalszej części swojej wypowiedzi. Czy to brzmiało, jakby rozkazywał kuzynce? — Może sama wizyta Brygady Uderzeniowej poprawi sytuację. Sąsiedzi dużo słyszą, więc nie musisz mnie łączyć z ich sprawą.
— Właściwie ta Jenny to bardziej przyjaciółka mojej byłej dziewczyny niż moja — zdradził Rabastan, a jego głos lekko zadrżał. — Trzymały się ze sobą od lat, ale dosyć mocno darliśmy ze sobą koty. Nie przepadaliśmy za sobą. Miała problem ze mną, moim pochodzeniem, nawet moim krukiem. — Zacisnął wargi w wąską linię, powoli wypuszczając powietrze z ust. Edgar zakrakał donośnie, jakby wyczuwał, że o nim była mowa. — Odwdzięczałem się jej tym samym. Nie chciałem dać sobie wejść na głowę. Przez to jeszcze bardziej była na mnie cięta.
Starannie tańczył wokół faktu, że wspomnianej ex już od ponad roku nie było na tym świecie. To nie o nią chodziło w całej sprawie, jednak Lestrange czuł się zobowiązany uchylić, chociaż rąbek tajemnicy przed Brenną. Chciał załatwić sprawę nieoficjalnie, a przynajmniej tak, aby jego nazwisko nie widniało w dokumentach jako donosiciela. Czymś musiał opłacić swoją anonimowość, a szczerość czy zaufanie wydawały się całkiem niezłymi walutami.
— Moja była... — zawiesił głos, przesuwając językiem po zębach. Zgarbił się nieco, zbierając siłę na to, aby bezpośrednio odnieść się do sprawy. — Jej już tutaj nie ma. — Zerknął na Brennę, a ciężar jego wzroku mógłby równie dobrze przygwoździć ją do tej rozpadającej się ławki. — Odbiło się to na nas dosyć mocno. Dużo na siebie krzyczeliśmy, na pogrzebie... Na pogrzebie stałem z tyłu, żeby nie wywołać kolejnej awantury. Wytykaliśmy sobie, kto w tym wszystkim zawinił, aż w końcu zabrakło nam argumentów. Potem było trochę lepiej. Od tamtej pory sprawdzamy co jakiś czas czy sobie radzimy.
Nie pamiętał, kiedy ostatni raz był tak szczery. Na pewno nie podczas rozmowy z rodzicami. Przy nich non stop musiał naginać prawdę. Bellatriks? Wiedziała całkiem sporo na temat, co się działo w życiu prywatnym Rabastana, jednak przy niej kontemplował raczej kwestię nienawiści i rozliczenia tych, którzy zrobili ten jeden krok za daleko w zabawie z ludzkim życiem. Odchylił głowę, zerkając z niezadowoleniem w nieco poszarzałe niebo.
— Mieszka teraz z chłopakiem na Alei Horyzontalnej. Półkrwi. — Skrzywił się lekko, jakby właśnie zjadł kawałek cytryny. — Jakiś Cattermole. Chyba jacyś dalecy krewni głównej linii dziedziców. — Dobre rozeznanie w zawiłościach drzew genealogicznych było czymś, co zdaniem Rabastana oscylowało między obsesją a sztuką. A Rosalie przyjmowała zlecenia od najróżniejszych rodów. — Myślę, że ją bije. — Skrzywił się na brzmienie własnych słów, jednak i tak było to dosyć delikatne określenie. — Próbowałem ją ostatnio odwiedzić. Dobijałem się kilka minut, a kiedy już otworzyła drzwi, miała posiniaczoną twarz i wyglądała, cóż... Jak ofiara przemocy domowej.
Zlęknione spojrzenie, ledwo uchylone drzwi, nerwowe obracanie się za sobie, makijaż mający na celu ukryć zadrapania czy drobniejsze siniaki. Może Rabastan nie pracował w Brygadzie i nie widywał takich ludzi na co dzień, jednak był całkiem niezły w magii transmutacyjnej i posługiwał się metamorfomagią. Potrafił się domyślić, że ktoś próbuje coś ukryć lub zakryć. A wtedy czuł bardzo dużą ochotę na to, aby sprawdzić, czy Crucio dalej robi tak dobrą robotę. Kąciki jego ust uniosły się minimalnie na samą myśl.
— W każdym razie: zapewniła mnie, że wszystko jest w porządku, przełożyła spotkanie i praktycznie mnie wyprosiła z posesji. Poczekałem chwilę pod drzwiami. Zaczęły się krzyki, chyba coś nawet spadło ze ściany — kontynuował, zagryzając dolną wargę. — Potem wpadliśmy jeszcze na siebie na Pokątnej, kiedy... No, w nocy. — Skorygował swoją wypowiedź. — Miała rękę w temblaku. Najwyraźniej Cattermolowie specjalizują się nie tylko w odnowie mebli.
Nie potrafił powstrzymać się przed tym przytykiem. Czy powinien był „zachować się jak facet” i odegrać rolę bohatera? Może, ale nie był żadnym bohaterem. Poza tym pod względem postury drastycznie różnił się od przerośniętego Davida Cattermole'a. Z magią też bywało u niego różnie. Poza tym obawiał się, że nie wytrzyma presji i faktycznie sięgnie po magię, która... Nie była zbyt dobrze odbierana przez zwykłych ludzi. A gdyby Jenny wezwała służby, ciężko byłoby mu się z tego wszystkiego wytłumaczyć. To tylko sprawiłoby, że liczba dylematów Rabastana drastycznie by wzrosła.
— Chciałbym, żebyś się nim zajęła. Jeśli nie da się go zamknąć, to może przekonać jakoś Jennifer, żeby się stamtąd wyniosła. Osobiście wolałbym się raczej pozbyć agresora. — Zrobił pauzę, jakby nie przemyślał dalszej części swojej wypowiedzi. Czy to brzmiało, jakby rozkazywał kuzynce? — Może sama wizyta Brygady Uderzeniowej poprawi sytuację. Sąsiedzi dużo słyszą, więc nie musisz mnie łączyć z ich sprawą.