Uznałem, że próbując wesprzeć Alexandra, Flynna i Titiana w podnoszeniu autobusu, mogłem narobić tylko więcej szkód. Po co kręcić im się pod nogami, kiedy mogłem jeszcze bardziej oberwać a tak naprawdę niewiele byłem w stanie pomóc? Motyw przewodni mojego życia... pomyślałem z lekką goryczą ... Kochany, poczciwy Milo, ale już zostaw to, magia załatwi to szybciej.
Kiedy usłyszałem charakterystyczny trzask! aportacji, lekko drgnąłem i natychmiast poderwałem się na nogi. Jako Bell miałem chyba już wyrobiony jakiś dodatkowy zmysł, który nawet bez patrzenia na nowo przybyłą pozwolił mi wyczuć, że to bagieta. Wystarczająco dużo razy nas zgarniali, spisywali albo prawie zgarniali, żebym miał wyrobiony w sobie głęboki instynkt, który sam nazywałem "Widzisz BUM, robisz ZIUM" chociaż nigdy nie udało mi się dopasować jakiegoś hasła do drugiego akronimu. Moje oczy rozglądały się już dookoła, szukając najszybszej i najskuteczniejszej drogi ucieczki, kiedy przypomniałem sobie, że Alexander jest z nami i to on za nas odpowiada. Powstrzymałem się więc przed ucieczką, wbrew instynktowi i spróbowałem robić dobrą minę do złej gry.
— Pani władzo, bo myśmy po prostu jechali prosto przed siebie. No i ten autobus on nam dosłownie wypadł na maskę. Ja nie wiem czy Owen ma jakieś myśli samobójcze, może źle mi się w życiu dzieje, ale to nie fair, żeby próbować pociągnąć za sobą pół cyrku? — zacząłem tłumaczyć, dość pospiesznie i odrobinę nieskładnie, ale za to okraszając moje tłumaczenie uprzejmym uśmiechem.
— Naprawdę, mamy wszystko pod kontrolą. A może w zamian za stratę czasu na ten nasz mały wypadek, to byśmy panią zaprosili na nasze show? — pytanie rzuciłem w sumie trochę w stronę Overseera, wiedząc że bilety wcale nie miały być jakoś bardzo drogie, a może akurat kobieta będzie się dała udobruchać lekkim przekupstwem? Nie wszystkiemu BUMgiety były prawolubujacymi sztywniakami z kijem w dupie, to wiedziałem napewno.