23.12.2023, 10:32 ✶
Prawdopodobnie kłusownicy w ogóle nie byli głupi. Za to mieli straszliwego pecha, że dwie kobiety wybrały się na spacer do serca Zakazanego Lasu skoro świt. Nie spodziewali się tego – ale kto by się spodziewał? Zdrowi na umyśle ludzie nie robili takich rzeczy.
Chyba że byli Brenną Longbottom.
Potem nastąpiła już reakcja łańcuchowa. Spotkanie, infernus, czarnoksiężnicy, kolejne ujęcia i przesłuchania… Brenna w efekcie miała ręce pełne roboty, tej legalnej i tej na wpół legalnej oraz nielegalnej całkowicie, próbując sprawdzić wszystkie tropy i wyłapać jak najwięcej drani oraz klientów, także tych lubiących czarną magię.
Miała zamiar spróbować tu widmowidzenia – poszukać strzępków rozmów, imion, tonu głosu, miejsc, o których mogliby wspomnieć – ale na razie wolała nie rozkładać kręgu, zresztą takie rzeczy zwykle robiła, będąc sama, jeżeli tylko się dało. Najpierw i tak musiały się upewnić, że nic nie spadnie im na głowy.
– Może mają jakieś gniazda wyżej? Nie widziałyśmy, jak to wszystko wygląda od drugiej strony – zastanowiła się, a potem zamarła, kiedy Victoria wspomniała o łusce. Łusce walijskiego zielonego. – Zaraz. Masz na myśli smoka walijskiego zielonego? Takiego wielkiego, zionącego ogniem, z łuskami i pazurami? – spytała podejrzliwie, odruchowo zaciskając palce mocniej na różdżce. Rozejrzała się, jakby oczekiwała, że smok zaraz wyskoczy z jakiegoś kąta, ale zaraz się rozluźniła. Tutaj nie było po prostu wejścia na tyle dużego, aby taka bestia mogła tu wejść. Poza tym… – W porządku… chyba skoro był tutaj namiot… no to nie rozstawiliby go na środku smoczego gniazda… może po prostu któryś traktował to jako pamiątkę i wypadło mu, bo się spieszyli… – powiedziała Brenna, ale w jej głosie pobrzmiewało coś… coś na kształt pewnej rezygnacji, jakby zaczynała przeczuwać, że zaraz nastąpią rzeczy, które niezbyt się jej spodobają.
Brenna już zdążyła przywyknąć do pewnych wydarzeń.
Ruszyła jako pierwsza wąskim tunelem, sprawdzając go jeszcze dokładniej niż ten poprzedni i wyglądając zza każdy załom korytarza, bo w głowie wciąż dźwięczała jej myśl, że Victoria znalazła smoczą łuskę.
Najpierw w tunelu zrobiło się szaro – skądś docierała tutaj odrobina światła. A potem dotarły do wyjścia. Leżało jakieś dwa metry nad poziomem gruntu, było niewielkie i otwierało się wprost na jaskinię.
Wielką, z wielkim wejściem, ale…
…na szczęście pustą.
– Bogini, przez chwilę byłam prawie pewna, że wyjdziemy prosto na smoka – odetchnęła Brenna, przykucając, by przedostać na półkę skalną, ciągnącą się tuż za wejściem. Nie zeskakiwała jednak w dół. Zeskoczyłaby, gdyby Victoria nie znalazła tej łuski, ale teraz… Cóż. To nie tak, że Brenna nie umiała być ostrożna. Czasem była aż nazbyt ostrożna.
Chyba że byli Brenną Longbottom.
Potem nastąpiła już reakcja łańcuchowa. Spotkanie, infernus, czarnoksiężnicy, kolejne ujęcia i przesłuchania… Brenna w efekcie miała ręce pełne roboty, tej legalnej i tej na wpół legalnej oraz nielegalnej całkowicie, próbując sprawdzić wszystkie tropy i wyłapać jak najwięcej drani oraz klientów, także tych lubiących czarną magię.
Miała zamiar spróbować tu widmowidzenia – poszukać strzępków rozmów, imion, tonu głosu, miejsc, o których mogliby wspomnieć – ale na razie wolała nie rozkładać kręgu, zresztą takie rzeczy zwykle robiła, będąc sama, jeżeli tylko się dało. Najpierw i tak musiały się upewnić, że nic nie spadnie im na głowy.
– Może mają jakieś gniazda wyżej? Nie widziałyśmy, jak to wszystko wygląda od drugiej strony – zastanowiła się, a potem zamarła, kiedy Victoria wspomniała o łusce. Łusce walijskiego zielonego. – Zaraz. Masz na myśli smoka walijskiego zielonego? Takiego wielkiego, zionącego ogniem, z łuskami i pazurami? – spytała podejrzliwie, odruchowo zaciskając palce mocniej na różdżce. Rozejrzała się, jakby oczekiwała, że smok zaraz wyskoczy z jakiegoś kąta, ale zaraz się rozluźniła. Tutaj nie było po prostu wejścia na tyle dużego, aby taka bestia mogła tu wejść. Poza tym… – W porządku… chyba skoro był tutaj namiot… no to nie rozstawiliby go na środku smoczego gniazda… może po prostu któryś traktował to jako pamiątkę i wypadło mu, bo się spieszyli… – powiedziała Brenna, ale w jej głosie pobrzmiewało coś… coś na kształt pewnej rezygnacji, jakby zaczynała przeczuwać, że zaraz nastąpią rzeczy, które niezbyt się jej spodobają.
Brenna już zdążyła przywyknąć do pewnych wydarzeń.
Ruszyła jako pierwsza wąskim tunelem, sprawdzając go jeszcze dokładniej niż ten poprzedni i wyglądając zza każdy załom korytarza, bo w głowie wciąż dźwięczała jej myśl, że Victoria znalazła smoczą łuskę.
Najpierw w tunelu zrobiło się szaro – skądś docierała tutaj odrobina światła. A potem dotarły do wyjścia. Leżało jakieś dwa metry nad poziomem gruntu, było niewielkie i otwierało się wprost na jaskinię.
Wielką, z wielkim wejściem, ale…
…na szczęście pustą.
– Bogini, przez chwilę byłam prawie pewna, że wyjdziemy prosto na smoka – odetchnęła Brenna, przykucając, by przedostać na półkę skalną, ciągnącą się tuż za wejściem. Nie zeskakiwała jednak w dół. Zeskoczyłaby, gdyby Victoria nie znalazła tej łuski, ale teraz… Cóż. To nie tak, że Brenna nie umiała być ostrożna. Czasem była aż nazbyt ostrożna.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.