24.12.2023, 11:31 ✶
nie dzieje się (jeszcze) nic
- Myślisz, że naprawdę czaili się na dzikiego smoka? - mruknęła Brenna, po czym pokręciła głową, z pewnym niedowierzaniem. - Cholera, to dopiero się porywają. Ale jakby się nad tym zastanowić, to doskonały sposób na zarobek, gdyby się im udało. Z jednego smoczego serca można zrobić pewnie ze sto czy dwieście różdżek, że nie wspomnę o smoczej krwi... co da się ją zastosować na dwanaście sposobów, wiem z talii czekoladowych żab i o łuskach...
Zazwyczaj tego typu składniki pozyskiwano z rezerwatów. Od smoków, które padły z naturalnych przyczyn. Albo kiedy zostały gdzieś odłowione po tym, jak stwarzały zagrożenie dla okolicznych mieszkańców. Jednak pochwycenie jednego smoka nielegalnie, było pewnie warte rozstawiania tego całego obozu. Zwłaszcza, jeśli w grę wchodziłyby i smoczęta...
Brygadzistka tkwiła na tej skalnej półce, początkowo w bezruchu, rozglądając się i nasłuchując. Potem uniosła różdżkę i wzmocniła zaklęcie lumos, chcąc sprawdzić i ciemniejsze zakątki jaskini. Victoria miała rację: żadnych gniazd hipogryfów, za to zmieściłyby się tutaj ze dwa smoki i jeszcze całe stado kozic na dodatek. W dodatku po drugiej stronie leżało chyba coś, co wyglądało jak resztki kości - jakaś smocza zdobycz? Jeszcze dalej: coś, co chyba było gniazdem... Z tej odległości zdawało się puste. Ale czy na pewno takie było?
Nic się jednak nie działo.
- Odeszli kilka dni temu. Pytanie, czy to my ich spłoszyliśmy, czy... dorwali już smoka i dlatego się wynieśli.
A w takim wypadku pojawiały się dalsze pytania, jak to, dokąd go przetransportowali, czy jeszcze żył i jakie powinny być dalsze kroki - na przykład odwiedzenie producentów różdżek.
Brenna odetchnęła. Wciąż miała złe przeczucia. Ale przecież, jeśli faktycznie porwano stąd smoka - porwano smoka, jak to do licha brzmiało!!! - to trzeba było rozejrzeć się, wszystko sprawdzić, umieścić w raportach i tak dalej. Bo na razie miały tylko smoczą łuskę i podejrzenia, trochę za mało, aby pchać sprawę dalej.
Trzeba było zacząć od sprawdzenia gniazda. Dobrze, że w plecaku miała aparat...
- No to idę - mruknęła w końcu, kiedy żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazywały na to, że coś spróbuje je zeżreć lub zionąć na nie ogniem i zeskoczyła te dwa metry w dół. Ostrożnie ruszyła ku gniazdu i przechyliła się nad nim. W środku leżały skorupki - pęknięte jakiś czas temu. - Kurwa, tu faktycznie były smoki! I wykluły się pisklęta. Ale chyba byłyby za małe, żeby same opuściły gniazdo... Może to o nie chodziło kłusownikom? Matka pilnowała jajek, ale kiedy się wykluły, musiała iść znaleźć coś, by je na... nakarmić...
Brenna mówiła coraz wolniej.
Nie podobało się jej to, do czego to wszystko prowadziło.
- Myślisz, że naprawdę czaili się na dzikiego smoka? - mruknęła Brenna, po czym pokręciła głową, z pewnym niedowierzaniem. - Cholera, to dopiero się porywają. Ale jakby się nad tym zastanowić, to doskonały sposób na zarobek, gdyby się im udało. Z jednego smoczego serca można zrobić pewnie ze sto czy dwieście różdżek, że nie wspomnę o smoczej krwi... co da się ją zastosować na dwanaście sposobów, wiem z talii czekoladowych żab i o łuskach...
Zazwyczaj tego typu składniki pozyskiwano z rezerwatów. Od smoków, które padły z naturalnych przyczyn. Albo kiedy zostały gdzieś odłowione po tym, jak stwarzały zagrożenie dla okolicznych mieszkańców. Jednak pochwycenie jednego smoka nielegalnie, było pewnie warte rozstawiania tego całego obozu. Zwłaszcza, jeśli w grę wchodziłyby i smoczęta...
Brygadzistka tkwiła na tej skalnej półce, początkowo w bezruchu, rozglądając się i nasłuchując. Potem uniosła różdżkę i wzmocniła zaklęcie lumos, chcąc sprawdzić i ciemniejsze zakątki jaskini. Victoria miała rację: żadnych gniazd hipogryfów, za to zmieściłyby się tutaj ze dwa smoki i jeszcze całe stado kozic na dodatek. W dodatku po drugiej stronie leżało chyba coś, co wyglądało jak resztki kości - jakaś smocza zdobycz? Jeszcze dalej: coś, co chyba było gniazdem... Z tej odległości zdawało się puste. Ale czy na pewno takie było?
Nic się jednak nie działo.
- Odeszli kilka dni temu. Pytanie, czy to my ich spłoszyliśmy, czy... dorwali już smoka i dlatego się wynieśli.
A w takim wypadku pojawiały się dalsze pytania, jak to, dokąd go przetransportowali, czy jeszcze żył i jakie powinny być dalsze kroki - na przykład odwiedzenie producentów różdżek.
Brenna odetchnęła. Wciąż miała złe przeczucia. Ale przecież, jeśli faktycznie porwano stąd smoka - porwano smoka, jak to do licha brzmiało!!! - to trzeba było rozejrzeć się, wszystko sprawdzić, umieścić w raportach i tak dalej. Bo na razie miały tylko smoczą łuskę i podejrzenia, trochę za mało, aby pchać sprawę dalej.
Trzeba było zacząć od sprawdzenia gniazda. Dobrze, że w plecaku miała aparat...
- No to idę - mruknęła w końcu, kiedy żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazywały na to, że coś spróbuje je zeżreć lub zionąć na nie ogniem i zeskoczyła te dwa metry w dół. Ostrożnie ruszyła ku gniazdu i przechyliła się nad nim. W środku leżały skorupki - pęknięte jakiś czas temu. - Kurwa, tu faktycznie były smoki! I wykluły się pisklęta. Ale chyba byłyby za małe, żeby same opuściły gniazdo... Może to o nie chodziło kłusownikom? Matka pilnowała jajek, ale kiedy się wykluły, musiała iść znaleźć coś, by je na... nakarmić...
Brenna mówiła coraz wolniej.
Nie podobało się jej to, do czego to wszystko prowadziło.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.